
oh please! i'm spreading like a disease, the temperature's rising,
you freeze and you look like you're about to sneeze
Caleb Hendrix
W i r u j e. Świat, myśli, on sam, kiedy obraca się na pięcie wokół własnej osi. W jego głowie gra melodia, znajoma, a może obca, unosi się dookoła i opada na samo dno, smakując purpurą oraz szmaragdem, mieniąc się ptasimi piórami i gadzią łuską. Próbuje ją przywołać, zmusić pełne wargi do rozchylenia się, do wydobycia z siebie dźwięku dotąd tańczącego na krańcu języka. Usta zamiast tego wyginają się w błogim uśmiechu, kiedy tak krew szumi w żyłach, a serce uderza z mocą tysiąca słońc. Albo coś tam, coś tam. Chichocze, jednocześnie wznosząc do góry dłonie, jak marionetka, którą niewidzialne siły pociągają za sznurki, kiedy raz jeszcze okręca się i okręca, a żołądek osiada gdzieś w okolicach gardła. Gdyby jego ciało obecnie funkcjonowało w zgodzie z naturą oraz biologią, tak być może zaintrygowałaby go czerwień płynąca z nozdrzy, albo niebywała lekkość ramion oraz nóg, bądź gruba warstwa waty okalająca umysł. Ale nie przejmuje się tym wcale, noc jest jeszcze w średnim wieku i nie porzygał się jeszcze ani razu, jeśli to nie jest zwycięstwo, to czym jest czarna materia? Mruga. Długie, czarne rzęsy trzepoczą w zdziwieniu, w nieporadnym niezrozumieniu.
Nie przypomina sobie, żeby coś brał. A przynajmniej, żeby brał coś świadomie. Ma ochotę się roześmiać gromko, może to robi, może nic tak naprawdę nie dobiega z gardła i wszędzie panuje dojmująca cisza. Tak, chce się śmiać, śmiać i śmiać. Przez alkohol, dosypane doń dragi oraz sam los. Ale wie też, że musi dotrzeć do domu, ma kota na utrzymaniu. I jaszczurki. I węże. I pająki. Czy zamknął rano wszystkie terraria? Czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Mruczy coś pod nosem, nim w końcu przekroczy chwiejnie próg budynku, machając ręką zdawkowo do portiera. Na windę czeka z czołem opartym o ścianę, do środka wchodzi iście tanecznym krokiem, naciskając niemal wszystkie przyciski na drodze do trzynastego piętra, a może innego? Coś z trójką w każdym bądź razie. Wysiada, całkiem zadowolony, nadal zawirowany, nadal trochę szalony. Próbuje kluczami otworzyć drzwi, ale one protestują i patrzą się na niego gniewnie, więc Lazare pokazuje im język. Cholera. Obraziły się, bo zamek nie puszcza. Czy to normalne jest noszenie wytrychów w płóciennej torbie zawieszonej przez ramie? Czym jest normalność? Hm. Hm. Hm. W końcu z ulgą może wejść do swojego królestwa, choć marszczy brwi delikatnie, kiedy automatycznie nie potyka się o pierdołę pozostawioną na podłodze. W zasadzie wiele rzeczy powinno poddać go w zwątpienie, niemniej melodia nadal gra w jego głowie, a on jest zmęczony, drobiny brokatu opadają z ciemnej skóry, jak spadające gwiazdy z atramentowego nieba i generalnie najchętniej położyłby się spać. W ciemności porusza się swobodniej niźli za dnia, łatwiej też ignoruje wszelkie nieprawidłowości. Jak to, że sypialnia nie jest tam, gdzie powinna. Albo, że łóżko jest już przez kogoś zajęte.
Zrzuca buty, sztuczne futerko w barwie pudrowego różu, ponieważ była przecena, a on wyglądał absolutnie w nim fantastycznie i pada na rzeczone łóżko, z policzkiem wtulającym się automatycznie w poduszkę. Postać obok zrywa się, chyba coś krzyczy w panice, jednak na wszystkie loa, to bardzo niegrzeczne zachowanie, niektórzy próbowali tutaj zasnąć!
- Myślisz, że kosmici nie odwiedzają nas dlatego, że mamy ładniejsze od nich włosy? - pyta, ponieważ wydaje się to całkiem sensownym zagadnieniem. Jest mu też zimno. Świat tym razem smakuje jak antracyt.





