She is like a cat in the dark and then she is the darkness.
She rules her life like a fine skylark and when the sky is starless.
♫
Zmarszczyła czoło spoglądając na ulotkę, którą trzymała w dłoni - porównywała zdjęcie na niej do budynku, przed którym stała. Wyglądała niepewnie, co potwierdzały spojrzenia co poniektórych, którzy ją mijali. Ciężko byłoby pomylić szpital z jakimkolwiek innym budynkiem, a mimo to, ona wciąż zastanawiała się czy powinna przekroczyć jego próg. Ostatni raz była w podobnej placówce stosunkowo niedawno; niespełna rok temu sierżant Gray, jej ukochany ojciec, powiernik sekretów i ostoja, przegrał walkę z nowotworem trzustki. Choroba ojca była wyrokiem, od którego nie było apelacji - kobieta zmierzyła się z tym zachowując zimną krew, choć tylko na pozór. Odczuwała niemoc w okazywaniu prawdziwych emocji, zwłaszcza, gdy widok matki przyprawiał ją o dodatkowe mdłości. Jeśli kiedykolwiek miała kochać to tylko tak, jak tych dwoje. Państwo Gray stanowili przykład książkowego, ckliwego uczucia, które wciąż zapewniało o swojej prawdziwości. Nic dziwnego, że Sally Gray pogrążyła się w żałobie aż do dziś do tego stopnia, że nie dostrzegała jak bardzo odsunęła od siebie jedyną córkę. A przecież Daphne również doznała wtedy straty tak bolesnej, że rozrywało jej serce na pół, ilekroć wracała do tych wspomnień.
Zorientowała się, że po policzku zaczęły jej płynąć łzy. Prędko przetarła piegowatą twarz wierzchem dłoni i odchrząknęła, przestępując z nogi na nogę. Trzymaną ulotkę zgniotła i wrzuciła do pobliskiego kosza, po czym twardym krokiem ruszyła przed siebie, pozostawiając za sobą woń silnych, orientalnych perfum i dźwięk zderzającego się obcasa z podłożem.
Po wejściu do środka nabrała więcej powietrza - charakterystyczny zapach szpitala uderzył ją w nozdrza na nowo wyprowadzając ze stanu skupienia. Chcąc porzucić osobiste rozterki, gestem dłoni zaczepiła pracownicę szpitala i posłała jej lekki uśmiech.
ㅤ― Przepraszam, którędy na oddział ginekologii? - spytała, ściągając na siebie uwagę młodej kobiety. Ta rozproszona stanęła w miejscu i zaczęła przyglądać się blondynce przekręcając głowę na bok. Chwilę stały w ciszy aż Daphne ponagliła kobietę unosząc brwi do góry.
ㅤ― Ach, tak! Przepraszam, to mój pierwszy tydzień pracy w tym szpitalu - uśmiechnęła się zakłopotana, poprawiając kucyk na głowie. Miała wysoki ale miły głos, musiała być młodsza od Daphne. ― O ile dobrze pamiętam, to musi pani wejść schodami na pierwsze piętro i skręcić korytarzem w lewo. Nad szklanymi będzie duży napis.
ㅤ― Bardzo dziękuję! - dziennikarka rzuciła przez ramię i szybkim krokiem oddaliła się we wskazanym kierunku. Pozostawiona pielęgniarka nie nadążała za dynamiką wydarzeń, więc jeszcze chwilę stała w miejscu, odprowadzając blondynkę wzrokiem.
Daphne wspięła się po schodach, poprawiając trzymaną na ramieniu torbę z laptopem. W momencie, gdy doszła do szklanych drzwi z dużym napisem nad nimi, przycisnęła dzwonek. Rozległ się głośny dźwięk i kobieta w sekundzie tego pożałowała - być może był jakiś inny sposób na to, by dostać się do środka? Uniosła lewą rękę do góry i skierowała spojrzenie na nadgarstek - tam zegarek wskazywał, że była dokładnie trzy minuty przed umówionym spotkaniem i przypomniała sobie, że postąpiła zgodnie ze wskazówkami. Być o 10 przed południem, odnaleźć oddział i wezwać personel, by wpuszczono ją do pomieszczenia socjalnego.
ㅤ― A pani...? - cichy głos starszej kobiety usłyszała tuż po tym, jak zamek w drzwiach automatycznych ustąpił. Na Daphne spoglądała niska, krępej budowy ciała pielęgniarka. Wyglądała na sympatyczną choć wydawała się lekko zaskoczona wizytą.
ㅤ― Do pani Wright. Jestem z New York Times, miałam przeprowadzić z nią rozmowę - odpowiedziała, wyłaniając z kieszeni oficjalną plakietkę służbową. Starsza kobieta powiodła wzrokiem na jej gestem, po czym posłała krótki uśmiech i zaprosiła ją do środka. Na oddziale panowała cisza, a wnętrze korytarza było przyjemniejsze od tego, z którego weszła. Na krzesłach przy ścianie siedziało parę kobiet, które wyraźnie oczekiwały na wizytę; rozglądając się pobieżnie po wnętrzu, Daphne domyśliła się, że trafiła do części, w której nie były hospitalizowane pacjentki, a jedynie przychodziły na wizyty. W spostrzeżeniu utwierdził ją fakt, że po drugiej stronie znajdowały się kolejne drzwi - podobne do tych, przez które przeszła - gdzie rozciągała się dalsza część oddziału.
ㅤ― Katherine właśnie kończy zabieg, niestety w międzyczasie przywieziono nam pacjentkę. Usiądź sobie, skarbeczku, tutaj - starsza pielęgniarka lekko pociągnęła Daphne za dłoń, wskazując jej wolne krzesło, na którym posłusznie usiadła. ― Do kilku minut powinna skończyć, także na pewno przyjdzie tu po...
Wypowiedź kobiety przerwał dźwięk otwieranych drzwi - tych drugich, prowadzących w głąb oddziału - i Daphne mimowolnie spojrzała w tamtym kierunku. Zza śnieżnej bieli wyłoniła się trójka osób: wysoka kobieta o kasztanowych włosach, ciemnoskóry mężczyzna który z głowy zdejmował czepek i mężczyzna o blond włosach i zmierzwionym zaroście. To na tym ostatnim kobieta utkwiła swoje spojrzenie - te przenikliwe, jasne tęczówki, które w tym świetle wyglądały bardziej na szare niż niebieskie. Rozpoznała go. Jakżeby mogła go nie rozpoznać? I choć jeszcze kilka lat temu byłaby gotowa wstać i rzucić się w jego ramiona, tak teraz czuła się przygwożdżona do krzesła, na którym wciąż siedziała. Jej myśli kłębiły się we wspomnieniach, które przewijała jak film. Znowu czuła się jak nastolatka; usta jej pierzchły, oczy zachodziły słonymi łzami, a na ciele czuła dreszcz. Jak na zawołanie zaswędziało ją w miejscu znamienia na obojczyku i przegrała walkę ze sobą - sięgnęła do niego dłonią, przejechała palcami i na moment wstrzymała oddech. Och, ten ptasi śpiew i wkradające się światło księżyca przez szczeliny muru latarni morskiej.
ㅤ― Pani Gray? Miło mi panią widzieć. Musimy odłożyć naszą rozmowę w czasie, mam jeszcze coś do załatwienia. Myślę, że będę potrzebować około godziny - mimo, że Daphne odwróciła wzrok w jej kierunku i przytaknęła głową, nie dało się zauważyć, że duchem była w innym miejscu.
fox anderson
In New York
Concrete jungle where dreams are made of
There's nothin' you can't do
Now you're in New York
Fox zatrzymał się nagle, jakby niewidzialna siła uderzyła go w pierś. Zobaczył ją — Daphne. Jej twarz, choć odrobinę inna niż ją zapamiętał, wciąż nosiła te same cechy, które kiedyś znał na wylot. Piegowata skóra, intensywne spojrzenie, długie, jasne włosy... To wszystko uderzyło go falą wspomnień. Nie był pewien, czy czuje ulgę, czy ból. A może obie te emocje naraz? Widok Daphne sprawił, że wszystkie wspomnienia związane z nią, a także z tamtym artykułem, który odcisnął piętno na ich relacji, wróciły w jednej chwili.
Zawsze był opanowany, starał się być profesjonalny, a jednak teraz... czuł się zdezorientowany. Wiedział, że powinien być zły, że artykuł, który napisała, zranił go bardziej, niż kiedykolwiek by się przyznał. Ale przecież to Daphne — j e g o Daphne. Zawsze potrafiła wprowadzić odrobinę światła do jego życia, nawet w jego najciemniejszych momentach.
Patrzył na nią, niepewny, czy odejść, czy podejść. „Co ty tu robisz?” — chciał spytać, ale głos utknął mu w gardle. Gdzieś głęboko wiedział, że ich spotkanie było nieuniknione. Kiedyś musieli się spotkać twarzą w twarz. Ale teraz, gdy to się stało, nie miał pojęcia, jak się zachować.
Jego wzrok podążył za ruchem jej dłoni. Przez głowę przelatywały mu myśli, wspomnienia rozmów, śmiechu, tych drobnych, niewinnych chwil, które dzielili, zanim wszystko się skomplikowało. Może powinien zignorować ten impuls, udawać, że jej nie widzi i odejść. Ale czy na pewno tego chciał?
Wziął głęboki oddech, czując, jak serce bije mu szybciej. Jego dłoń odruchowo zacisnęła się w pięść, ale zaraz potem rozluźnił ją. To był ten moment, ten jeden krok, który mógł zmienić wszystko. Zrobił krok w jej stronę, czując, jak emocje zderzają się w jego wnętrzu. Być może jej obecność była znakiem, że powinni porozmawiać, wyjaśnić wszystko, co ich rozdzieliło. Zatrzymał się w pół kroku widząc jak podchodzi do niej doktor Wright. Kolejna szansa na to, aby odejść. Stał jednak w miejscu jak przyspawany, poruszając się dopiero, gdy przeszkoda zniknęła.
— Daphne — jego głos był spokojny, choć nieco zachrypnięty od emocji — Skoro masz trochę czasu, dasz się zaprosić na kawę? Szpitalna kawiarnia serwuje całkiem porządną...
Sam był zaskoczony, że to zaproponował, ale w głębi duszy nigdy nie był człowiekiem, który nie dążyłby do porozumienia. Miał trochę czasu, aby ochłonąć. Nie potrafił również przejść obok Gray z obojętnością nieznajomego. Był na to zbyt fair.
Daphne Gray
She is like a cat in the dark and then she is the darkness.
She rules her life like a fine skylark and when the sky is starless.
Patrzyła jak podchodzi, uważnie śledząc każdy jego ruch. Z taką dokładnością mu się przyglądała, że wyłapała parę zmarszczek, które mimowolnie drgały na jego twarzy. Jeżeli tliły się w nim jakiekolwiek emocje to nie mogła ich odczytać lub, co gorsza, nie chciała. W pewnym momencie zaczęła ich dzielić mniejsza odległość i Daphne ponownie wstrzymała oddech. Dzięki temu mogła bliżej przyjrzeć mu się - nie widziała wielkich zmian poza oznakami upływającego czasu. I na jej twarzy malowały się zmarszczki, charakterystyczne dla rodziny Gray kurze łapki. Oprócz tego, spomiędzy jasnych, blond włosów, zaczęły przebijać się pojedyncze nieco jaśniejsze, co z kolei zawdzięczała genom matki. Poza tym była cały czas sobą. Tą samą Daphne, którą pamiętał sprzed lat.
Parokrotnie zamrugała powiekami, gdy dotarły do niej jego słowa.
ㅤ― Uhm... ― wydusiła z siebie, ciężko przełykając ślinę i zwilżając wargi końcówką języka. Wstała z krzesła, niemal je przewracając, na co odwróciła się i chwyciła dłońmi przedmiot, po czym lekko poklepała je po skórzanym siedzisku. W nieco mniejszym roztargnieniu wróciła spojrzeniem do niego i odszukała jego oczy. Chwilę trwała w takim zamrożeniu, samej nie będąc pewną odpowiedzi na propozycję. Było widać jej wahanie i z całą pewnością było widać również jak szaleje jej serce. Jeśli w pomieszczeniu nie byłoby żadnego dźwięku, Fox mógłby dosłyszeć to łomotanie. ― Okej. Kawa. Kawa zawsze jest dobrym rozwiązaniem, tak sądzę ― i odwróciła się w stronę pierwszych, białych drzwi. Na ich widok zamarzyła by jak najszybciej przez nie przebiec, co poniekąd uczyniła. Zatrzymała się przy otwartym skrzydle, rzucając mężczyźnie krótkie spojrzenie i dając mu do zrozumienia, że jest gotowa przejść do kawiarni.
fox anderson
In New York
Concrete jungle where dreams are made of
There's nothin' you can't do
Now you're in New York
Czas zwolnił, a każdy krok zdawał się być ociężały, jakby przestrzeń między nimi wypełniła się wspomnieniami i niewypowiedzianymi słowami. Fox czuł, jak napięcie w jego ciele narasta, serce przyspieszało, ale twarz pozostawała niewzruszona. Widział, jak Daphne walczyła ze sobą, jak jej dłonie nerwowo ściskały skórzane krzesło, a oczy próbowały uchwycić coś, co nie dawało się zrozumieć. Przez moment, patrząc na nią, czuł, że widzi nie tylko kobietę stojącą przed nim, ale również tę samą dziewczynę, z którą dzielił dzieciństwo – pełną życia, marzeń i niewypowiedzianych uczuć.
„Okej. Kawa.” Jej słowa rozbrzmiały w jego głowie, budząc dawno uśpione emocje. Widział w nich jej wahanie, może nawet lęk, ale także cień dawnej bliskości, który zmusił go do przełknięcia rosnącej w gardle goryczy. Uśmiechnął się lekko, choć było to bardziej mechaniczne niż szczere. Wiedział, że oboje dźwigają brzemię wspólnych ran, i choć chciałby powiedzieć coś, co złagodzi napięcie, to wszystkie słowa zdawały się nie na miejscu.
― Zaczekaj tu chwilę, przebiorę się ― poprosił, zaraz obracając się i kierując do swojego gabinetu. Spieszył się, jakby w obawie, że Daphne się rozmyśli i odejdzie. Wrócił, odczuwając ulgę zastając ją w tym samym miejscu.
Cisza, która między nimi zapadła, była na swój sposób bolesna, pełna niewyjaśnionych pytań i nierozwiązanych spraw. W końcu dotarli do kawiarni, gdzie Fox wskazał wolny stolik przy oknie, starając się unikać pogawędek z innymi współpracownikami.
― Pozwól, że postawię ci kawę. Chcesz coś słodkiego? ― zapytał; przypominało to odwlekanie nieuniknionego. Odsunął jej krzesło. Nie miał już na sobie białego fartucha, pozostając w jeansach i zielonym t-shirtcie z Guns n Roses.
Koniec końców, siedzieli na przeciwko siebie i Andersona zaczęła ogarniać panika z rodzaju "Cholera, nie wiem co powiedzieć. Temat, temat, temat...". Opuścił wzrok na filiżankę kawy. Gdyby zapytała go, dlaczego tak po macoszemu potraktował ich znajomość to nie potrafiłby odpowiedzieć w żaden sensowny sposób. Nie wiedział. Najprościej byłoby to zrzucić na karb młodego wieku. Jednak, czy aby na pewno?
― Co u ciebie słychać? ― zapytał, podnosząc wzrok. W naturalnym oświetleniu lepiej widział jej twarz. Wyglądała dojrzalej, niż sobie to zapamiętał. Nadal jednak widział w niej eteryczną Daphne z którą biegał po osiedlowych uliczkach, Daphne, którą trzymał w ramionach, muskając palcami znamię na jej barku. Pamiętał, choć potrafił nie myśleć - o niej, o nich. O obietnicach jakie padły z ich ust. Jego ust.
Zadośćuczynienie.
Ta nagła myśl pojawiła się w jego głowie, gdy spoglądał prosto w jej oczy. To była prawdopodobna motywacja ich wspólnej kawy. Odkąd wrócił z Ameryki Południowej, tracąc Kit i innych przyjaciół, robił wszystko, aby wymazać swoje winy. Aby udowodnić, że zasługuje na to, żeby żyć.
Daphne Gray
She is like a cat in the dark and then she is the darkness.
She rules her life like a fine skylark and when the sky is starless.
Wtem, jak wyrwana ze snu, poczuła narastającą w sobie złość. Wbiła w Foxa spojrzenie, zaciskając zęby i mierzwiąc w dłoni serwetkę. Doskonale słyszała jego pytanie, które było tak błahe, że równie dobrze mógłby ją zapytać o pogodę. Uniosła lekko brwi, przenosząc wzrok na filiżankę z kawą, którą następnie uniosła do góry i zatopiła w niej wargi. Ciepło napoju rozeszło się po jej ciele na co lekko przymknęła powieki. Na usta kobiety wstąpił uśmiech, a jej włosy podążyły za ruchem głowy, gdy pokiwała nią na boki. W końcu ponownie popatrzyła na mężczyznę i odezwała się:
ㅤ― Dlaczego? ― siliła się by głos jej nie zadrżał i tak było, choć nie wyzbyła się jego delikatnego załamania. Nie chciała okazać mu jakiejkolwiek słabości jednak było to nieuniknione. Nigdy nie potrafiła rozmawiać z ludźmi jak on, nie miała takiej swobody i przez to ginęła wśród rówieśników, nawet gdy byli we wspólnym towarzystwie. Miała w sobie tę przypadłość, która nakazywała jej odezwać się nieproszoną w najmniej stosownym momencie, co jeszcze bardziej pogłębiało jej odosobnienie. ― Dlaczego, Fox?
Daphne odłożyła filiżankę, która w zetknięciu ze spodkiem przerwała ciszę. Kobieta spuściła głowę, w tym samym momencie przeczesując palcami włosy, które opadły jej na policzki.
fox anderson
In New York
Concrete jungle where dreams are made of
There's nothin' you can't do
Now you're in New York
Czuł, jak słowa Daphne wbijają się w niego niczym szpilki, rozrywając na nowo wspomnienia, które z trudem zdołał zamknąć w najciemniejszych zakamarkach swojego umysłu. Jej pytanie było proste, ale zarazem obciążone emocjonalnym ładunkiem, który przytłaczał go jak głaz. „Dlaczego?” – to jedno słowo odbijało się echem w jego głowie, wywołując zamęt. Patrzył na nią, ale nie mógł znaleźć odpowiedzi, która byłaby zadowalająca zarówno dla niej, jak i dla niego samego.
Zacisnął usta, spoglądając na filiżankę kawy przed sobą, jakby ta miała w sobie tajemnicę, którą mógłby jej zdradzić. Ale to była tylko kawa, nic więcej. Westchnął cicho, niemalże niedosłyszalnie, starając się zebrać myśli. Nienawidził tej bezsilności, tego uczucia, że wszystko, co mógłby teraz powiedzieć, byłoby jedynie słabym usprawiedliwieniem. Wiedział, że zerwał z nią kontakt, ale nie potrafił zrozumieć, dlaczego to zrobił. Może była to młodzieńcza głupota, może strach przed bliskością, może coś, czego sam jeszcze nie potrafił zdefiniować.Spojrzał na nią ponownie, próbując odczytać emocje ukryte w jej oczach, ale te były teraz jak lustra, odbijające jedynie jego własne zdezorientowanie. „Dlaczego, Fox?” – jej głos zdawał się znowu rozbrzmiewać, tym razem jeszcze mocniej. Wziął głęboki oddech, czując, jak jego serce przyspiesza. Wiedział, że musi jej coś powiedzieć, ale nie wiedział, co byłoby właściwe.
― Chciałbym mieć dla ciebie lepszą odpowiedź, Daphne, ale nie mam. Może byłem wtedy po prostu zbyt młody, zbyt głupi, by zrozumieć, co tracę. I... i przepraszam za to. Wiem, że to niewiele znaczy, ale... przepraszam.
Opuścił wzrok, czując, że jej pytanie zostawiło go obnażonego, jakby nagle został pozbawiony wszelkich osłon, które budował przez lata. To, co właśnie powiedział, wydawało się być tylko częściową prawdą, fragmentem większej układanki, której nie potrafił w pełni złożyć.Jeszcze nie.
― To może być nasza ostatnia rozmowa, jeśli taka będzie twoja wola. Zrozumiem. Możemy też spróbować zaufać sobie nawzajem i odbudować naszą przyjaźń ― wysunął propozycję, spoglądając jej w oczy. W oczy, które dawniej uważał za najpiękniejsze, a czego nigdy jej nie powiedział.
Wielu rzeczy tak naprawdę jej nie powiedział. Teraz wydawało mu się na to za późno. Minęło zbyt wiele lat, żeby można było przejść nad tym do porządku dziennego. Nie tknął kawy.Daphne Gray
She is like a cat in the dark and then she is the darkness.
She rules her life like a fine skylark and when the sky is starless.
ㅤ― Przez tyle lat obwiniałam siebie za to wszystko. Tłumaczyłam sobie wielokrotnie, że problem zawsze jest we mnie i tym razem nie mogło być inaczej. Dopiero niedawno dałam komukolwiek powód do tego, by szukać we mnie jakiejkolwiek winy ― spojrzała na niego porozumiewawczo, przywołując minione wydarzenia sprzed początku tego roku. Wzięła prędki łyk kawy, ocierając wierzchem dłoni kącik ust i stawiając filiżankę z powrotem na spodek. Na moment odsunęła swój wzrok z jego twarzy i rozejrzała się po wnętrzu kawiarni. Nie było zbyt wielu osób, a jeśli już ktoś kosztował tutejszych usług, to robił to całkowicie pochłonięty sobą. Można więc rzec, że poza nimi nie było tu nikogo. Nie miała jednak zamiaru podnosić tonu czy robić teatralnej sceny - już wystarczająco upokorzyła się w jego, a także w oczach jego rodziny, niechlubnym artykułem. Ściąganie na siebie uwagi - tej niekoniecznie pożądanej - w miejscu jego pracy, byłoby wysoce nierozważne.
Swoje dłonie ułożyła na blacie stolika, w pełni wyprostowane i mocno oparte o podłoże, szukając w tym czegoś więcej niż gestu. Wreszcie do głowy wpełzła jej myśl, wyjątkowo bolesna, już teraz zadająca mocne ciosy. Daphne zacisnęła zęby, walcząc z natarczywymi łzami pod powiekami. W końcu nie wytrzymała, wydała z siebie ciche sapnięcie, a po jej policzku pociekła łza i odezwała się:
ㅤ― Nawet nie przyszedłeś na jego pogrzeb... ― wyszeptała, a spływające łzy zginęły pomiędzy wargami. Kobieta prędko sięgnęła po zgiętą serwetkę i przyłożyła ją do swojej twarzy, delikatnie dociskając w miejscach słonych stróżek. Pragnęła mu zaufać. Pragnęła mieć go znów w swoim życiu. Rozpaczliwie potrzebowała go w swoim życiu, bo odkąd z niego zniknął, codzienność stała się szara, a w sercu pozostała wyrwa, której nie można było niczym zapełnić.
fox anderson
In New York
Concrete jungle where dreams are made of
There's nothin' you can't do
Now you're in New York
Jej słowa przeszywały go na wskroś, budząc w nim dawno stłumione poczucie winy. Każda łza Daphne, każdy jej gest, przypominał mu o tym, co stracił, i co zlekceważył. Wiedział, że mógł próbować tłumaczyć się wyjazdem, tysiącami kilometrów, które oddzielały go od jej świata w czasie, gdy najbardziej go potrzebowała. Ale prawda była bardziej złożona, bardziej gorzka. Opuścił głowę, zaciskając dłonie na filiżance, jakby szukał w niej wsparcia. Gdy dowiedział się o śmierci jej ojca, był za granicą, daleko w Ameryce Południowej, gdzie zajmował się projektami, które miały oderwać go od przeszłości. Ale to nie odległość była przeszkodą. Mógł wrócić, jeśli tylko naprawdę by chciał. Zamiast tego wybrał ucieczkę. Ucieczkę przed bólem, przed trudnymi rozmowami, przed koniecznością spojrzenia w oczy kobiecie, której niegdyś obiecał, że zawsze przy niej będzie.
Czuł, jak każda mijająca chwila pogłębia wyrwę między nimi. Wiedział, że żadne słowa nie przywrócą tego, co utracili, a jego wyjaśnienia będą tylko bladą próbą ukrycia prawdziwej przyczyny – strachu, który go paraliżował. Nie był gotowy stawić czoła przeszłości, a teraz, gdy ta przeszłość patrzyła na niego zapłakanymi oczami, czuł, że znowu ją zawodzi. Pragnął naprawić to, co zniszczył, ale jednocześnie wiedział, że żadne przeprosiny nie przywrócą straconych lat ani nie wymażą bólu, który sprawił swoją nieobecnością.― Nie płacz, proszę ― pochylił się do przodu, wyciągając dłoń. To ostatnia rzecz, którą chciał u niej widzieć. ― Jest mi przykro i żadne słowa nie będą w stanie tego wyrazić. Wiem, jak byłaś z nim zżyta. Daph ― zwrócił się do niej zdrobnieniem, które tak często padało z jego ust lata temu. W te ciepłe, letnie wieczory przy szumie fal rozbijających się o kamieniste wybrzeże.
― To nie była twoja wina, nie wyjechałem przez ciebie, nie zrobiłaś nic złego ― miał nadzieję, że te słowa do niej dotrą; ― Artykuł... Nie chcę do tego wracać ― nadal sobie nie poradził z pewnymi rzeczami związanymi z Ameryką Południową. Każdej nocy budził się z krzykiem, oblany zimnym potem. Stracił przyjaciół w ten okrutnie brutalny sposób, stracił Kit z którą - wydawało mu się - że połączyło go uczucie. Dzielili wspólne zainteresowania oraz plany na przyszłość. Artykuł o wszystkim przypominał, o winie i wyrzutach sumienia z którymi musiał się nauczyć żyć.Daphne Gray
She is like a cat in the dark and then she is the darkness.
She rules her life like a fine skylark and when the sky is starless.
Wiedziała, że obwinianie go o wszystkie niepowodzenia, które spotkały ją po tym, gdy ją zostawił, było irracjonalne; gdy zastanawiała się nad tym docierało do niej, że to jej wybory i jej spaczenie doprowadziły do miejsca, w którym była. Niemniej stwierdzała w zgodzie ze sobą, że gdyby wciąż mieli siebie wzajemnie w życiu, to byłoby im lepiej. Daphne wiele oddałaby za to, by po wydarzenia z jego wyjazdu być przy nim i wesprzeć, gdy świat zaczął się walić. Być może jeśli Anderson był przy niej to przemówiłby jej do rozumu by odeszła od niego, gdy za pierwszym razem uniósł swoją dłoń. Tak jednak się nie stało - obydwoje trwali w swoich koszmarach; Daphne do tej pory odwracała się za siebie, gdy szła ciemnymi uliczkami Nowego Jorku, codziennie sprawdzała skrzynkę na listy. Gdyby Fox był w jej życiu, mogłaby opowiedzieć o swoim strachu, o wspomnieniach, w których wkoło jej oka malował się fioletowy ślad, a na szyi widniały w kilku miejscach wbite zęby. Pragnęła opowiedzieć mu o tym. Zrzucić z siebie ciężar niewypowiedzianych słów, z którym borykała się w pojedynkę. Nikt nie znał prawdy poza kotką Marigold, wierną powierniczką łez i sekretów.
- Zawiodłam Cię nie mniej niż Ty mnie - odezwała się po chwili i musiała odchrząknąć, bo głos ugrzązł jej w gardle. - Zawiodłam Cię nie mniej niż Ty mnie - powtórzyła wyraźniej, w obawie, że za pierwszym razem jej nie usłyszał. Mimowolnie wzrokiem powiodła do jego wyciągniętej dłoni, którą skierował w jej stronę. Jej dłoń leżała w niedalekiej odległości i ledwie centymetr, może dwa, dzieliły ją od tego, by znów poczuć jego dotyk.
- Myślałam o tej chwili odkąd straciliśmy kontakt. Wyobrażałam sobie jak wracamy do tego co było, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki… czy my umiemy do tego wrócić, Fox? Czy umiemy chociaż postarać się? - wyszeptała, ciężko przełykając ślinę i siląc się choć na cień uśmiechu. Gdzieś, krótki, choć smutny, wykrzywił jej usta. Promyk nadziei. Ukucie dawnej relacji uderzyło w nią jak młot. Do Daphne dotarło, że to prawdopodobnie ostatnia szansa na to, by zawalczyć. Jeśli któreś z nich tej walki nie podejmie, kobieta wiedziała już teraz, że porzuci ostatki nadziei i odejdzie, zostawiając go za sobą w tyle.
fox anderson
In New York
Concrete jungle where dreams are made of
There's nothin' you can't do
Now you're in New York
― Daphne… ― zaczął, zbierając w sobie siły na to, co musiał powiedzieć. ― Nie sądzę, aby dało się żyć przeszłością. Odtwarzać to co było. Tak się nie da.
Rozumiał sentyment, bo dzieciństwo mieli piękne, ale właśnie - czas przeszły. Wątpił żeby teraz potrafił być dawnym sobą. Nie tylko przez traumę nabytą w Ameryce Południowej z początku roku, ale przez fakt, że się zmienił. Wydoroślał i dojrzał. Brennan uważał, że w końcu spokorniał, lecz Fox był innego zdania. Nie lubił wywodów starszego brata, ani jego naukowego podejścia do życia. Tej wierzącej w magię innej strony również, bo dla młodszego Andersona hokus pokus nie istniało.
Zabrał dłoń ze stołu, odchylając się.
― Nie mamy już siedemnastu lat, Daph. Każde z nas ma swoje życie. Zostałaś dziennikarką, ja lekarzem. Na pewno kogoś masz, ja... ― urwał, bo relacja z Kit zaważyła na jego uczuciowej przyszłości. Nie był w stanie pomóc kobiecie, którą zdawało mu się, że kocha. To sprawiło, że tę część życia postanowił zapieczętować głęboko w sercu. Praca miała być kochanką uśmierzającą ból.
― Wiele się zmieniło, ja się zmieniłem ― powtórzył swoje myśli, podłapując jej spojrzenie ― Możemy jednak spróbować zaufać sobie ponownie. Jako przyjaciele.
Daphne Gray
She is like a cat in the dark and then she is the darkness.
She rules her life like a fine skylark and when the sky is starless.
- Ja, kogoś… - zakpiła z jego słów, kręcąc głową na boki i dopiero po chwili uzmysłowiła sobie, że tę reakcję mógł odebrać nazbyt negatywnie. Uśmiechnęła się, wyginając kąciki ust w dół. Teraz to ona odchyliła się do tyłu, opierając plecy o krzesło. Zabrała dłoń ze stołu - tak jak i on to zrobił - i ułożyła ją na udach. Drugą dłonią zaczęła skubać skórkę przy paznokciu, która od rana ją irytowała. Gdyby tylko Fox wiedział jak wyglądała jej ostatnia relacja być może zrozumiałby jej tęsknotę do przeszłości z nim. A może nie. Może tylko powiedziałby: przykro mi i nie spojrzałby jej nawet w oczy, bo cóż więcej mógłby zdziałać słowami?
Do myśli jej wpełzło wspomnienie, o którym sądziła, że już dawno zapomniała na zawsze.
tekst wewnątrz może zawierać:
Spoiler
- Widzisz to?! Widzisz?! - krzyknął tuż nad jej głową, a ona doskonale widziała. Widziała świeżo pomalowane ściany, widziała kremowe meble, które częściowo były skręcone, a częściowo schowane w pudłach. - Po co to wszystko robiłem?! - zaniósł się płaczem, dramatycznie rzucając na kolana. Daphne stała w miejscu, czując ciepło między swoimi udami. Gdy powiodła wzrokiem na swoje ramiona, zauważyła tworzące się sińce, w miejscach, w których ją złapał.
- Jako przyjaciele - powtórzyła jego słowa. - W końcu zawsze właśnie nimi byliśmy. Jeśli chcesz spróbować, w porządku. Ja również chcę - dodała, a jej twarz złagodniała.
In New York
Concrete jungle where dreams are made of
There's nothin' you can't do
Now you're in New York
Przyglądał się Daphne, zauważając każdy drobny gest, każdą zmianę w wyrazie jej twarzy. Jej reakcja na jego słowa była dla niego niczym cios w serce, mimo że sam się na to przygotował. Mógł wyczuć, jak ciężko było jej zaakceptować to, co właśnie powiedział, ale nie mógł zrobić nic więcej. Czuł, że oddzielił swoje uczucia grubym murem, który był mu teraz niezbędny do przetrwania. Wiedział, że miała nadzieję na coś więcej, może nawet na powrót do tego, co było, ale on już nie mógł i nie chciał tam wracać.
Gdy zauważył, jak zaciska palce na ramieniu, jakby próbowała ukryć ból, poczuł krótkie ukłucie winy. Domyślał się, że Daphne nosiła w sobie ciężar, którego nie znał, i może nigdy nie pozna. Jednak to, co ją przytłaczało, było tylko częścią ich skomplikowanej relacji. On również miał swoje demony, które próbował zostawić za sobą, i nie chciał, by ponownie przejęły nad nim kontrolę.― Tak, przyjaciele ― powtórzył, starając się, by jego głos zabrzmiał spokojnie, nawet jeśli wewnętrznie czuł niepokój. To było najwięcej, co mógł jej w tej chwili zaoferować. Wiedział, że to nie jest to, co Daphne chciała usłyszeć, ale nie chciał jej oszukiwać ani dawać fałszywych nadziei. Przeszłość była dla niego zamkniętym rozdziałem, który nigdy nie miał być ponownie otwarty. Teraz musieli znaleźć sposób, aby na nowo zbudować coś nowego, coś, co mogło przetrwać, choć może nie było tym samym, co kiedyś. Uśmiechnął się delikatnie, chcąc w jakiś sposób złagodzić to, co właśnie powiedział.
― Piszesz artykuł o szpitalu? ― zmiana tematu była pierwszym krokiem ku nowemu. Zauważył, jak jej twarz łagodnieje, co dało mu odrobinę ulgi.
Daphne Gray
She is like a cat in the dark and then she is the darkness.
She rules her life like a fine skylark and when the sky is starless.
Daphne wolno pokiwała głową lawirując spojrzeniem między mężczyzną a pomieszczeniem; nie mogła skupić swojej uwagi na jego twarzy, bo jej widok i obserwowanie tlących się w niej emocji sprawiał, że jej żołądek zaciskał się, a w gardle zasychało. Myślała nad tym co mogłaby mu jeszcze powiedzieć ale obawiała się, że jeśli rozmowa dalej potoczy się w kierunku uczuć i wspomnień, to straci nad sobą kontrolę. Utracenie jej i uzewnętrznienie się ze wszystkim przed Foxem byłoby jednym z największym błędów - zaprzepaszczeniem tego, na co przed chwilą obydwoje przystanęli: zaczynają, jako przyjaciele. W końcu zawsze właśnie nimi byliśmy... słowa odbiły się w jej głowie echem, a ona parokrotnie zamrugała powiekami i wyraźnie odchrząknęła. Ponownie pokiwała głową, tym razem nieco pewniej - na pytanie, które zadał. Odważyła się na niego spojrzeć jednak nie trwało to zbyt długo jak wzrok ponownie przeniosła, tym razem na kobietę, która dokładała porcje jedzenia do samoobsługowego bufetu.
― Tak. A przynajmniej taki miałam plan ― odpowiedziała, niedbale wzruszając ramionami i drapiąc delikatnie w torbę, w której miała laptop. ― Właściwie to ― zaśmiała się, tym razem szczerze i spuściła wzrok, kręcąc głową: ― Właściwie to mam nadzieję, że lekarka, z którą rozmawiałam wcześniej całkowicie odwoła rozmowę ze mną. Mam po dziurki w nosie pisania artykułów, które są bez polotu a czytają je najczęściej kobiety w wieku naszych mam i to przy okazji robienia trwałej u fryzjera ― wyjaśniła, posyłając mu uśmiech. Uśmiech, który poniekąd był wyrazem zrezygnowania, a poniekąd zażenowania, że jej kariera zwróciła się ku tak kiepskiej drodze. Miała ambicję i swego czasu była zdeterminowana ale od jakiegoś czasu sama przyznawała, że potrzebuje pomocy specjalisty. Nie radziła sobie z wydarzeniami z ojcem, nie radziła sobie z obrazem siebie, który utknął jej w głowie po poprzedniej relacji. Zdegradowanie do tak trywialnego działu jakim był lifestyle powodowało, że wieczór miała ochotę płakać w poduszkę jak dziecko, a nie wysyłać kolejny tekst do zredagowania.
― Myślę, żeby to porzucić i skupić się na napisaniu książki. Mam już trochę... prawdę mówiąc - dużo tekstu. Ale wciąż szukam wydawnictwa ― wyznała, chcąc uciec od tematu na jaki jeszcze przed chwilą rozmawiali. Czuła się niepewnie, nie wiedziała czy to, co mówi jest w odpowiednim czasie - być może Fox nie chciał tego słuchać, może chciał już zakończyć z nią spotkanie. Ale skoro już się spotkali i mają możliwość ze sobą porozmawiać... raz się żyje.
fox anderson





