But I gave myself again to that fire, threw myself into it, into him, and let myself burn.
Wyszedł z więzienia.
Ta wiadomość spowodowała, że świat Moreau w pewnym momencie zaczynał się sypać, starał się nie myśleć o tym, że być może jego ojciec będzie chciał się z nim skontaktować, chociaż słowo ojciec już go nie określało w żaden sposób. Jego ojcem był Rick, o czym także dowiedział się w szpitalu, oraz o tym że jego matka umierała. Te wszystkie wiadomości powodowało, że jego świat się zawalił a panika w którą wpadł odbierała mu oddech. Znowu był tym małym chłopcem, któremu ojciec kazał się okaleczać, który czuł ból od którego z czasem zaczynał się uzależniać.
Znowu spadał w dół….
Ostatnie dni nie były łatwe zarówno dla niego jak i dla Layli, na szczęście po namowach chłopaka szybciej ściągnęli mu gips, zastrzegając jednak, żeby chodził w stabilizatorze, który miał uchronić jego nogę przed ewentualnymi urazami. Nadal chodził na rehabilitację, a sprzęt który zamówił sobie do mieszkania powoli pomagał mu odzyskiwać dawną sprawność, chociaż i tak miał problem z sięgnięciem pewnych rzeczy z półki na co Layla zawsze reagowała lekkim śmiechem, szkoda że jemu nie było ani trochę do śmiechu w tamtym momencie. Dzisiejszy dzień spędzał głównie w warsztacie jako, że dowiedział się od Layli, że Rick postanowił naprawić jego auto, które zmasakrował w wypadku samochodowym, poniekąd także Rowley chciał spędzić z nim trochę czasu. Od momentu gdy dowiedział się, że to on jest jego biologicznym ojcem zaczął szukać pewnych podobieństw w zachowaniu, było ich wprawdzie mało ale, mógł się doszukać tych paru gestów czy mimiki, którą miał po nim. Czyżby to popadanie w agresję po alkoholu było tylko i wyłącznie głęboko zakorzenionym strachem przed tym, że mógłby być taki jak zwyrol, który się nad nim pastwił? Może to był po prostu mechanizm obronny jego mózgu? Sam nie wiedział do końca co takiego powodowało, że alkohol budził w nim najgorsze instynkty, których nie mógł się pozbyć. Opierał się nonszalancko o pobliski stolik patrząc jak jego ojciec gmerał w samochodzie, przyjechał on w okropnym stanie i cudem Rowley przeżył tak naprawdę ten wypadek. Nadal dochodził po nim do siebie i momentami zastanawiał się czy gdyby wtedy nie zginął w tym wypadku to dla wszystkich nie byłoby to lepiej?
Mieli dzisiaj jeszcze nowego pracownika, którego Rowley wprowadził jeśli chodzi o prace w warsztacie pokazując mu zaplecze, miejsce socjalne, oraz wytłumaczając mu na czym będzie polegała głównie jego praca przez najbliższe dni. Potem Moreau zostawił go samego bo ból w nodze przeszkadzał mu na tyle w poruszaniu się, że zaszył się w pokoju socjalnym z zamiarem wzięcia paru tabletek przeciwbólowych, które miałyby spowodować, że będzie mógł chociaż w pewnym stopniu dalej funkcjonować. Rick kazał mu odpocząć i nawet gdy na początku blondyn marudził to jednak ból stawał się powoli nie do zniesienia i uległ. Nie miał pojęcia, że Rosales pojawi się niedługo w warsztacie mimo, że wymienił parę wiadomości z dziewczyną. Kiedy podjechało pod warsztat auto to wyszedł do niej nowy pracownik, który wymienił z nią parę uprzejmości i kazał jej wjechać do środka. W tym czasie Rick, który skończył gmerać przy perełce należącej do blondyna postanowił zerknąć co u niego, tak więc w warsztacie przebywała tylko Layla z nowym pracownikiem, który kazał jej wjechać na podnośnik. Uniósł tylko brew do góry na odmowę dziewczyny i wywrócił teatralnie oczami marudząc coś pod nosem o beznadziejnych kobietach.
— Może panience pomóc? — głos dobiegł zza pleców dziewczyny, a gdy się obróciła to mogła dostrzec mężczyznę w średnim wieku, ubranego dość schludnie, z małym zarostem, zaledwie paru dniowym, który wpatrywał się w nią uważnie swoimi brązowymi oczami. Kiedy ta wręczyła mu kluczyki ten bez słowa wsiadł do jej auta wjeżdżając na podnośnik, gasząc zaraz silnik i wysiadając, żeby podać klucze brunetce. — Na moje sprawne oko to nawala sprzęgło — posłał jej lekki uśmiech, wpatrując się w jej twarz niezbyt nachalnie gdy nagle rozległy się kroki a jego uwaga skierowała się w stronę idącego w ich kierunku Ricka.
— O, Layla! Rowley nie wspomniał że wpa… — zamarł jednak widząc kto stoi zaraz koło dziewczyny i zamrugał lekko gdy ich spojrzenia się spotkały. Zbliżył się do nich bardziej wyciągając rękę w kierunku dziewczyny jakby chciał ją zasłonić przed mężczyzną, który jej przed chwilą pomógł wpatrując się hardo w jego twarz. — Layla… idź do Rowleya — jego głos byl stanowczy, a spojrzenie, które jej rzucił mówiło, że będzie jej teraz potrzebował…
Tak witasz starego przyjaciela, Rick?
— Przestałeś być moim przyjacielem gdy, dowiedziałem się, że go krzywdzisz, Elijah — mruknął w kierunku mężczyzny stając między nim a brunetką, jakby chciał ją ochronić przed mężczyzną, który jak się okazało był ojcem blondyna.
No tak… już moja dziwka żona Ci powiedziała, że to Twój bękart? Chciałem z niego zrobić mężczyznę, ale jest tak słaby jak Ty.
Oblicze mężczyzny, który przed chwilą pomógł Rosales się zmieniło, złość pojawiła się na jego twarzy, a usta wykrzywiły się w lekkim, cynicznym uśmiechu. Dziewczyna mogła dostrzec jak ręce Ricka zaciskając się w pięści, a twarz wykrzywia się w znanym grymasie złości, tak bardzo podobnym do tego, który pojawiał się na twarzy Moreau.
Layla Rosales
Art is only a way of expressing pain
Próbowała powstrzymać śmiech, który cisnął się na jej usta, gdy razem z koleżanką obserwowała te dziwne wygibasy, które serwowała im Rey, która stwierdziła, że razem z nimi będzie chodziła po godzinach na salę w siłowni. Skrzywiła się, gdy przyjaciółka cisnęła w nią butem, gdy już nie mogła powstrzymać się od chichotu, gdy ta niezgrabnie opadła na kolana próbując seksownie się wypiąć.
- Nie moja wina, że gdy się wczuwasz to wyglądasz jakbyś miała drgawki przedśmiertne. Rey! Do cholery zostaw mnie! - pisnęła, gdy ta złapała ją za kostkę i przyciągnęła do siebie i usiadła na jej biodrach. Z przerażeniem w spojrzeniu obserwowała jak ta nachyliła się nad nią z tym dobrze znanym jej błyskiem w oku. - Litości! Proszę przestań. HAHAHA! Nie łaskocz mnie wariatko! Poddaje się! Jesteś najseksowniejszą tancerką! Zaraz ci przywalę Rey! - próbowała złapać oddech, gdy ta w końcu przestała się nad nią pastwić i zabrała z rąk Abi ręcznik, gdy Rey rozłączała swój telefon od sprzętu, z którego leciała muzyka.
W trójkę wyszły z sali, gdy grupa na kolejne zajęcia czekała na swoją kolej i skierowały się do szatni ignorując męskie spojrzenia, które odprowadzały je do samych drzwi. Ogarnięcie się i przebranie nie zajęło jej dużo czasu i gdy zabierała swoje rzeczy z szafki Rey do niej podeszła z kluczykami w dłoni. - Odstaw mój złom do warsztatu. Roly wie co i jak. Ciiii... - już zamierzała coś powiedzieć, gdy przyjaciółka przystawiła palec do jej ust i włożyła do jej dłoni kluczyki. - To prosta misja! W schowku masz swoje ulubione czekoladki, więc nie marudź. Kocham Cię. - nawet nie zdążyła zareagować, gdy ta w pośpiechu wybiegła i zostawiła ją samą. - Wrobiła mnie... - wyszeptała z niedowierzaniem zerkając na kluczyki w dłoni i przeklęła pod nosem, zarzucając swoją torbę na ramię. Niepewnie podeszła do samochodu, który stał na parkingu i usiadła za kierownicą czując się jak wariatka. Nie to Rey była wariatką powierzając jej swój samochód. Jak ona niby miała tam dojechać w jednym kawałku? Otworzyła schowek i zaśmiała się pod nosem, gdy w środku faktycznie było opakowanie jej ulubionych czekoladek tylko szkoda, że połowy w środku już nie było. Odkleiła małą karteczkę z opakowania i zaśmiała się pod nosem, gdy przeczytała napis na niej: Nie mogłam się powstrzymać. Powodzenia Frajerze!
Dokulała się. Nie potrąciła nikogo po drodze i nawet nie zarysowała jej auta, gdy zaparkowała ten przeklęty samochód w warsztacie. Dosłownie uszło z niej powietrze, gdy w końcu mogła zgasić silnik i pogratulować sobie w myślach, że wyszła cało z tej samobójczej misji. To nie tak, że nie potrafiła prowadzić, ale samochód Rey przyprawiał ją o mini zawał serca, gdy musiała wsiadać za jego kierownicę. Zbyt gwałtownie maszyna reagowała, gdy naciskała pedał gazu i te niskie zawieszenie! Definitywnie wolała siedzieć na miejscu pasażera i rozkoszować się jazdą, a nie widzieć śmierć w oczach, gdy pojawiało się zielone światło.
Wysiadła z samochodu i zamrugała zdziwiona, gdy podszedł do niej jakiś chłopak i zaczął zadawać jej durne pytania. Skąd miała wiedzieć po jakiego grzyba tu przyjechała? Rey jej kazała, to przyjechała. Miała to być łatwa misja! Otworzyła szerzej oczy, gdy chłopak kazał jej wjechać na podnośnik ze zrezygnowaniem w głosie .
- Nie ma mowy! Jak niby mam wjechać na to dziadostwo i trafić w te wąskie coś oponami. Nie możesz tego sam zrobić? - wystawiła w jego kierunku klucze i z uporem wpatrywała się w jego oczy, gdy on coś narzekał pod nosem na kobiety. Już chciała mu wygarnąć i może nawet przejechać go tym pieprzonym samochodem, gdy rozległ się głos za jej plecami. Zesztywniała i z głośno bijącym sercem wpatrywała się w mężczyznę, który zgarnął z jej dłoni kluczyki. Czuła jak powoli atak paniki ogarnia jej ciało na tą niespodziewaną bliskość. Nie była nawet w stanie się ruszyć, gdy mężczyzna wsiadł i wjechał na ten przeklęty podnośnik. Przełknęła ślinę, gdy ten chciał podać jej kluczyki i stali tak przez kilka sekund na siebie patrząc, gdy ona nie ruszyła się nawet o milimetr. W końcu nowy pracownik zabrał te kluczyki znowu psiocząc na nią pod nosem, że wariatki nie powinny mieć prawa jazdy.
Sprzęgło? Podnośnik... I do tego ten mężczyzna... To było zbyt wiele jak na nią... Zaczęła ostrożnie się cofać do tyłu z wypisanym strachem na twarzy. Pisnęła, gdy usłyszała głos Ricka i gdy gwałtownym ruchem dłoni próbował ją odciągnąć i zasłonić. W dalszym ciągu z dystansem traktowała Ricka, chociaż już na niego nie reagowała jak za pierwszym razem. Teraz jednak dosłownie była przerażona, bo obecność dwóch mężczyzn i te dziwne napięcie pomiędzy nimi powodowało, że zaczęła cała drżeć na ciele czując, że powoli nie może złapać oddechu. Przesuwała swoim spojrzeniem po nich nie rozumiejąc nic z tej całej chorej sytuacji i zmusiła swoje ciało do ruchu. Popędziła w stronę pokoju socjalnego i zamknęła za sobą drzwi z trzaskiem. Próbowała złapać oddech, gdy oparła się o gładkie drewno plecami i zjechała w dół uderzając tyłkiem o podłogę. Czuła jak po policzkach płyną jej łzy, gdy całe ciało drżało, bo nie potrafiła się uspokoić. Za dużo... Nie mogła...
- Ro... - uniosła swoje spanikowane spojrzenie na zaskoczonego chłopaka i złapała go za dłoń mocno, gdy podszedł do niej powoli kuśtykając. Ledwo wstała z podłogi i wtuliła się w jego ramiona wdychając jego znajomy zapach. - Rick... Facet.... Nie mogę... - szlochała w jego bluzę próbując w jakikolwiek sposób sklecić jakieś normalne zdanie. Nie mogła...
Rowley Moreau
But I gave myself again to that fire, threw myself into it, into him, and let myself burn.
Starał się być lepszy, zwłaszcza dla niej, bo Layla była wszystkim co było najlepsze w jego życiu i obawiał się, że zobaczy w nim tę bardziej zepsutą wersję, że przestraszy się go i tego do czego był zdolny przez ten cały czas. Dzisiaj planował spędzić czas w warsztacie głównie dlatego, że tęsknił za tym miejscem, miejscem gdzie wprawdzie przychodził często z ojcem ale i także spędzał tutaj czas z przyjacielem ojca, Rickiem.
Myśl, że to on był jego biologicznym ojcem… Nie był w stanie do końca nie tylko tego zrozumieć ale po części był zły na swoją matkę, że zataiła przed nim ten ważny fakt, wprawdzie Rick wyznał mu, że się domyślał już jakiś czas temu i żałował, że nie interweniował wcześniej w tej kwestii. Nie miał mu tego za złe bo niecodziennie dowiadujesz się o tym, że masz syna, tylko w pewien sposób Rowley był zawiedziony faktem, że nikt nie próbował wyciągnąć do niego pomocnej dłoni gdy ewidentnie tego potrzebował. Z myśli wyrwał go dźwięk otwieranych drzwi a niebieskie oczy mężczyzny powoli przeniosły się w tamtym kierunku.
— Layla? Co Ty tutaj robisz? Coś się stało? — zmarszczył delikatnie czoło na widok jej reakcji, mogło to być tylko jedno bo widział jak ta reagowała na Ricka, tak reagowała gdy pojawiał się ktoś kto zbytnio przypominał jej ojca, nigdy nie wnikał w to co działo się w jej rodzinnym domu wierząc, że pewnego dnia dziewczyna się po prostu otworzy przed nim dostatecznie, żeby mu o tym opowiedzieć. Pokuśtykał w jej kierunku przeklinając w duchu swoją nogę, która zaprotestowała, gdy ten przykucnął przy dziewczynie obejmując ją ramieniem, przytulił ją do siebie zagryzając zęby gdy pomógł jej wstać na nogi, spoglądając na nią. Była tak cholernie bezbronna…
Musnął ustami jej skroń, pocałował ją tam lekko trzymając mocno w swoich objęciach.
— Jaki facet? Co się stało? Hej mała… — musnął palcami jej podbródek, żeby ta spojrzała prosto w jego oczy, muskając kciukiem zarys jej szczęki. — Oddychaj… spokojnie, jestem tutaj. — zapewnił ją jeszcze głaszcząc drugą ręką po plecach.
Layla mówiła nieskładnie więc nawet Moreau nie miał pojęcia, że od najgorszego koszmaru, który prześladował go przez te wszystkie lata dzielą cienkie drzwi oraz Rick, który nie chciał, żeby ta dwójka się ze sobą skonfrontowała, jednak w jego życiu musiał kiedyś nadejść ten moment, nie sądził jednak, że tak szybko.
Layla Rosales
Art is only a way of expressing pain
Dźwięk roztrzaskującej się butelki, która została rozbita koło jej głowy o ścianę.
Woń alkoholu i potu.
Sylwetka mężczyzny, która chwiejnym krokiem coraz bardziej się zbliżała.
Błękit oczu, który przypominał jej lód.
Te spojrzenie, które wyrażało czystą nienawiść i gniew. Jego oczy...
Te samo spojrzenie, które było bardziej łagodne i wyrażało czysty strach. Jej oczy...
Łzy, które mieszały się z wiśniowym kolorem jej krwi.
Tatusiu byłam grzeczna...
Dlaczego?
Bo istniejesz...
Jeden drobny szczegół. Podniesiony ton głosu i obecność dwóch mężczyzn. Tyle wystarczyło, żeby wprowadzić ją w ten stan, gdy jedynym mechanizmem obronnym, który znała były łzy i próba ucieczki w kąt, żeby przyjąć pozycję embrionalną. Chciała się odciąć od tego wszystkiego, ale nie potrafiła. Cała drżała, gdy zmusiła swoje mięśnie do ruchu i wtuliła się w jego ciało. Próbowała mu to wszystko wytłumaczyć, ale wyrzucała z siebie jedynie pojedyncze słowa, które dla niego nie miały sensu.
Nie było go tutaj...
Powtarzała sobie to w kółko i próbowała złapać haust powietrza, gdy jej płuca odmawiały już posłuszeństwa. W jej oczach mógł jedynie zobaczyć strach.
Ból.
To jedynie czuła, gdy chwiejnym krokiem przemierzał korytarz w kamienicy, w której mieszkali na trzecim piętrze. Ciągnął ją za włosy, a ona nawet nie miała siły się ruszyć, gdy krwawy ślad znaczył zimną posadzkę, gdy stawiał kolejny krok za krokiem. Trzydzieści sześć schodów. Obojętny wzrok sąsiadki, która wchodziła na górę i nawet nie zareagowała na jej ciche błagania. Miała siedem lat. Był środek zimy, a ona była jedynie w cienkiej piżamie, gdy zostawił ją przed drzwiami jak psa. Nie miała dokąd pójść.
Była taka samotna...
Wystraszona...
Wdychała zapach jego perfum i kurczowo trzymała się jego bluzy jakby bała się, że zaraz ją wypuści ze swoich ramion. Skupiała się na tym głosie, który był delikatny. Na tym dotyku, który nie parzył jej skóry. Była bezpieczna.
- Nie umiałam wjechać na ten... Rey mi kazała zostawić samochód.. - wyszeptała i mocniej wtuliła się w jego ramiona. - Był niemiły.. Nie chciał mi pomóc i wtedy... Ten facet wjechał i zaczął coś mówić o sprzęgle. Był zbyt blisko... Rick pojawił się i kazał mi tu przyjść. Tamten był zły... Nie mogę... Boję się.. - wyrzucała z siebie kolejne słowa i zaciskała niemal do krwi swoje dłonie na jego bluzie. Nie chciała wiedzieć co działo się za drzwiami. Nie chciała przebywać tam, gdy tamta dwójka łypała na siebie tymi spojrzeniami, które przypominały jej jego.
Ten błękit...
Pokręciła głową, gdy kolejne wspomnienie chciało napłynąć do jej umysłu i załkała cicho mocniej przylegając swoim ciałem do niego.
- Elijah... Tak miał na imię.. - wyszeptała nawet nie zdając sobie sprawy, że te imię może być kluczem dla blondyna do rozwikłania tego co miało miejsce przed chwilą na warsztacie. Gdyby nie była w takim stanie, pewnie powiązałaby ich słowa z sytuacją. Nie myślała jednak teraz racjonalnie. Strach był na tyle silną emocją, że kontrolował każdy jej ruch i reakcję. Instynktownie próbowała szukać przy jego boku bezpieczeństwa, bo czuła że traciła nad sobą kontrolę.
- Nie idź tam... - poprosiła cicho, gdy poczuła jak jego mięśnie sztywnieją, a dłoń zaciskała się w pięść. Czy nie mogli tutaj zostać z dala od tego wszystkiego? Nie była w stanie... Nie mogłaby go powstrzymać gdyby zechciał tam iść. Nie mogła...
Proszę..
Rowley Moreau
But I gave myself again to that fire, threw myself into it, into him, and let myself burn.
Nie wiedział co takiego wywołało u niej taką reakcję, a jej słowa, zwłaszcza te urywane nie miały zbytnio znaczenia, wsłuchiwał się jednak trzymając ją kurczowo jakby sam się bał, że dziewczyna znowu ucieknie, tak jak to robiła przez te wszystkie lata. Tylko, że teraz nie musiała uciekać, tak naprawdę to nic jej nie groziło a sam Rowley chciał zapewnić jej bezpieczeństwo na tyle na ile potrafił.
Odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy, odchylając się lekko do tyłu, żeby móc spojrzeć jej prosto w oczy, musnął kciukiem jej zarys szczęki w pieszczotliwym geście, składając na jej czole delikatny pocałunek. Czyli przyjechała tutaj zapewne z samochodem Rey, która ostatnio wspominała mu coś o tym, że kiepsko chodzi jej sprzęgło, Moreau obiecał że zajrzy do tego gdy podstawi wóz do warsztatu, ale nie sądził że wyśle do tego Rosales, która nie miała zaufania do podnośnika.
Zacisnął lekko szczękę, bo chyba będzie musiał porozmawiać z nowym pracownikiem na temat traktowania kobiet w tym warsztacie, a zwłaszcza kobiety która należała do niego. Zły? Zmarszczył lekko czoło unosząc głowę, żeby zerknąć na drzwi za jej plecami, może w tym momencie Rick załatwiał sprawę z tym złym gościem, ale dlaczego kazał tutaj Layli przyjść? Dopiero gdy usłyszał imię mężczyzny, który pojawił się w warsztacie… mogła poczuć jak momentalnie całe ciało chłopaka się spina, a przez rozchylone lekko usta wyrwał się chrapliwy oddech.
Przyszedł… wiedział, że jego koszmar z dzieciństwa pojawi się prędzej czy później, zwłaszcza gdy z nowym rokiem wyszedł z więzienia w którym przebywał ale… nie sądził, że będzie miał śmiałość, żeby znaleźć się tutaj. Już chciał nawet wstać i po prostu tam pójść gdy głos dziewczyny wyrwał go z letargu. Nie idź tam. Kiwnął lekko głową i westchnął. — To on… Layla.. To mój… — przełknął ślinę czując jak jego ciało samo reaguje na wspomnienia, jak szczęka się zaciska a ręka, która spoczywała na plecach dziewczyny zaciska się lekko w pięść. — … mój ojciec — dodał po chwili.
— Wstań mała — wyrzekł cicho do jej ucha, pomagając jej wstać, nawet gdy jego ciało oponowało przy tym bo skrzywił się lekko gdy poczuł ból w nodze, jednak ku jego namowom ta pozwoliła się doprowadzić do krzesła przy małym stoliku gdzie tam ją posadził. Miał ochotę tam po prostu pójść, ale bał się konfrontacji z własnym ojcem i do tego z Rickiem..
Chowa się jak szczur?
Głos Elijah był niczym szpilki wbijane w miękkie ciało, gdy ten z rozbawieniem w brązowych oczach przekrzywił głowę zerkając za plecami Ricka na drzwi prowadzące do pokoju socjalnego. Nie zwracał uwagi na protesty mężczyzny tylko ruszył w tamtym kierunku bo chciał zobaczyć się z własnym synem… a raczej z tą marną imitacją syna, którym przecież tak naprawdę nie był.
Rooowleyyy! Nie chowaj się przed ojcem!
Jego donośny głos na pewno było słychać w pokoju socjalnym gdzie blondyn próbował się uspokoić płaczącą Rosales. Po chwili rozległ się dźwięk otwieranych drzwi w których stanął mężczyzna uśmiechając się krzywo na widok siedzącej na krześle dziewczyny i stojącego na środku pomieszczenia Moreau, który próbował zasłonić Laylę tak jakby chciał ją chronić przed jego widokiem.
Layla Rosales
Art is only a way of expressing pain
Powtarzała sobie tą mantrę w kółko i próbowała złapać oddech. Nie było go tutaj i nic jej nie groziło z rąk tych mężczyzn. To byli tylko obcy. Nie byli to przyjaciele, z którymi pił jej ojciec. Oni byli jedynie przypomnieniem złych chwil, nic więcej.. Był przecież tam Rick, znała go i w żaden sposób ten mężczyzna nie próbowałby jej skrzywdzić. Jednak ta obopólna niechęć i kiełkująca agresja pomiędzy nimi doprowadziła ją do tego stanu. Sama nie umiała sobie odpowiedzieć na to pytanie: Dlaczego za każdym razem reagowała tak na starszych mężczyzn? Może ten strach przed ojcem był w niej tak mocno zakorzeniony, że instynktownie się poddawała tym wszystkim emocją? Nie była psychologiem, żeby dostatecznie wejść głęboko w mechanizmy swojej własnej podświadomości.
Teraz jedynie wtulała się w ciepłe ciało chłopaka, któremu ufała nad życie. Kurczowo trzymała się jego bluzy jakby ta ostatnia bezpieczna przystań, do której uciekła zaraz miała zniknąć, a ona znowu miała zostać sama z tym wszystkim. Wsłuchiwała się w bicie jego serca i starała się unormować swój oddech naśladując ten jego. Szeptała kolejne słowa, które mogłyby mu chociaż trochę rozjaśnić sytuację, która miała miejsce jeszcze kilka minut temu w warsztacie. Tak bardzo nie chciała, żeby ją zostawił tutaj samą...
Elijah.. Gdy te imię padło z jej ust, to poczuła jak wszystkie mięśnie chłopaka się napinają. To nie wróżyło nic dobrego. Doskonale znała te reakcje jego ciała i najchętniej uciekłaby razem z Rowleyem przez okno, żeby tylko uniknąć niechcianego towarzystwa. Nie chciała kolejnych problemów. Tych drobnych zrządzeń losu, które jedynie mąciły w ich życiach i sprawiały, że oboje się od siebie oddalali.
To mój ojciec...
Jej oczy się rozszerzyły, a serce w klatce piersiowej biło nieznośnie szybko. Czuła jak jej dłonie drżą ze strachu, który teraz nie był spowodowany jej wspomnieniami, ale obawą co się wydarzy i jak to wszystko wpłynie na chłopaka. To nie był jej koszmar, a jego.
Zmusiła się do ruchu, gdy delikatnie naparł swoim ciałem na nią, zmuszając ją do wstania. Posłusznie usiadła na krześle i spuściła głowę w dół, zasłaniając tym samym swoją twarz włosami. Nie była w stanie opanować reakcji swojego ciała, nie była w stanie się uspokoić. Znieruchomiała, gdy usłyszała męski głos, a w drzwiach pojawiła się męska sylwetka. Elijah. Człowiek, który przez tyle lat krzywdził własnego syna dla swoich chorych idei. Zacisnęła własne dłonie w pięści obserwując oczy tego potwora.
tekst wewnątrz może zawierać:
przemoc, znęcanie się nad zwierzętami
- Co tu robisz? - zadrżała słysząc ton swojego ojca za sobą. Była tak zabsorbowana widokiem kotka, że nawet nie zauważyła go tutaj. Ten wzrok... Te zaciśnięte pięści, gdy wpatrywał się w nią i w puszkę, przy której spokojnie jadł Rudzielec.
- Przestań! Proszę, to mój przyjaciel..- wyciągnęła dłoń przed siebie, a w jej oczach stanęły łzy, gdy jej ojciec podniósł do góry kotka. Dobrze znała ten uśmiech.. Ten wzrok. Zawsze miał taką minę przed tym jak chciał zrobić komuś krzywdę. - Proszę... - upadła na ziemię, gdy oberwała w twarz, gdy chciała wyrwać z jego rąk kota, który pisnął z bólu. Zacisnęła mocniej powieki, gdy Rudzieciel zaskomlał, a w jej oczach stanęły łzy, gdy jego wychudzone ciałko zostało rzucone na ziemię. Sukinsyn połamał mu łapki..
- Przyjaciel? Ktoś taki jak ty nie zasługuje na nikogo. Zawsze będziesz sama. Jesteś bezużyteczna. - Poczuła ból, gdy szarpnął nią i włożył w jej małe dłonie dość spory kamień. Była zbyt drobna i miała zaledwie siedem lat... Nie była w stanie przeciwstawić się ojcu, który jeszcze dziś wyjątkowo nie był w tragicznym stanie. Wypił może trzy piwa dzisiaj...
Szarpała się w jego objęciu i z rosnącym przerażeniem patrzyła jak uniósł jej dłonie. Próbowała wypuścić kamień.. Coś zrobić... Nie była w stanie... Patrzyła na krew, która była dosłownie wszędzie. Na rude futerko, które bez życia leżało przed nią... Jak kamień wypadał z jej dłoni, gdy w końcu ją puścił...
- Byłaś niewystarczająca.. To ty mu to zrobiłaś. Ktoś taki jak ty nie zasługuje na przyjaciół. - ten śmiech i słowa odtwarzała w swojej głowie przez cały dzień, gdy tuliła do swojej piersi kotka. To ona mu to zrobiła. Nie była wystarczająco silna... Nie była wystarczająca, żeby go obronić.. To była jej wina. Niewystarczająca. Bezużyteczna. Słaba...
Był już wieczór, gdy podeszła do niej dziewięcioletnia blond włosa dziewczynka, która delikatnie dotknęła jej ramienia. Rey... - Rosi... Oh... - czuła jak ta odgarnia z jej policzka kosmyk włosów i w milczeniu wpatruje się w jej opuchniętą od płaczu twarz. Nie pytała. Nie musiała pytać co tutaj się wydarzyło. - Chodź weźmiesz u mnie w domu prysznic. Mama jest w pracy, a później zrobimy pogrzeb... Rosi?
Tamtego dnia obiecała sobie, że już nigdy nie będzie taka słaba. Że nigdy nie pozwoli skrzywdzić bliskich dla siebie osób.
- To nie jest dla Ciebie Rowley. Masz tupet, żeby oddychać tym samym powietrzem co on. Czy takie odwiedziny nie są oznaką słabości? - z jej ust padały kolejne słowa, gdy podnosiła powoli swoją głowę. Tym razem nie była wystraszoną dziewczynką, a jej oczy były takie same jak u jej ojca. Ta zmiana w niej zaszła diametralnie. Uniosła podbródek hardo do góry, a na jej ustach pojawił się ten okrutny uśmieszek. Ten sam, gdy wpatrywała się w Josha, gdy naciskała spust. Taki sam gdy podeszła do zmasakrowanego ciała Pastora, gdy zatopiła swoje palce w jego krwi i zerwała z jego szyi krzyżyk.
Tym razem nie pozwoli skrzywdzić kogoś kogo kochała.
Nie mogła na to pozwolić.
Nie tym razem.
Rowley Moreau
But I gave myself again to that fire, threw myself into it, into him, and let myself burn.
Przez te wszystkie lata bał się, że będzie taki jak on, a alkohol otwierał w nim te najgorsze szufladki w jego pamięci i powodowały, że stawał się agresywny - tak samo jak on był agresywny a odór alkoholu podczas tamtych wspomnień był tak wyczuwalny… jakby znowu był obok. Przełknął ślinę czując suchość w gardle nie tylko na strach dziewczyny, który także zaczął mu się udzielać ale na ten znienawidzony głos, który zawsze był jego największym koszmarem.
Rooowleyyy! Nie chowaj się przed ojcem!
Drżał na całym ciele skulony w kącie swojej szafy, zamykając oczy, chowając głowę między swoimi kolanami. Słyszał jego kroki na schodach, jego głośny oddech gdy powoli kierował się w stronę jego pokoju. Starał się ignorować strach, który powodował, że drżał na całym ciele a łzy ciekły mu po policzkach, jednak nigdy nie płakał w jego obecności bo był on wtedy zły, a gdy był zły to… to kazał mu się katować aż do momentu gdy ten nie mdlał. Kolejne kroki, skrzypnięcie otwieranych drzwi…
To tylko sen… to tylko sen… tylko sen..
Koszmar stał parę kroków od niego a blondyn rozszerzył lekko oczy spoglądając prosto w te ciemne, znienawidzone oczy, które zawsze wpatrywały się w każdy jego ruch brudnego noża gdy ciął sobie nim skórę.
Jeszcze raz!
Zamrugał cofając się o krok, czując jak jego ciało odmawia posłuszeństwa, a palce zaciskają się w pięści. Spojrzenie jego ojca powoli przeniosły się na Laylę, a kącik jego ust wykrzywił się w paskudnym uśmiechu, który zawsze przyprawiał małego Moreau o dreszcze na plecach ze strachu, tylko że nie był już tym cholernym dzieckiem - nie musiał się go bać.
Słabość? Słaby to jest tylko on, nie takiego syna chciałem.
Roześmiał się lekko na te słowa widząc jak blondyn wzdryga się pod wpływem tego śmiechu.
— Czego chcesz? — głos Rowleya brzmiał obco, jakby zmusił swoje struny głosowe do wypowiedzenia tych dwóch słów poprzez paraliżujący go strach.
Chcę tego co należy do mnie, chcę warsztatu i życia na które nie zasługuje ta dziwka.
Miał oczywiście na myśli swoją żonę, parsknął przy tym śmiechem, przekrzywiając lekko głowę na bok, sunąc zaciekawionym spojrzeniem po twarzy Layli a potem na twarz Rowleya.
Nadal jesteś tchórzem, prawda?
Grymas wściekłości pojawił się na twarzy blondyna, gdy odwrócił spojrzenie od swojego oprawcy cofając się tak, żeby stanąć tuż przy krześle Layli, jeśli miałby ją ochronić przed swoim ojcem to zrobiłby to bez wahania, zasłaniając ją nawet własną piersią.
Layla Rosales
Art is only a way of expressing pain
To nie był jej ojciec.
To nie były te oczy, które widziała codzienne.
Ten mężczyzna był koszmarem Rowleya, a ona musiała coś zrobić. Wesprzeć go tak jak on za każdym razem próbował ją bronić przed Joshem czy innymi niebezpieczeństwami. Nie chciała zostać z tyłu, gdy ten ją potrzebował, bo stał naprzeciw zwyrola, który krzywdził go w najgorszy sposób.
Wstała z krzesła i nieco chwiejnym krokiem podeszła do Rowleya zgarniając jego dłoń w swoją. Rozwarła jego palce, które trzymał zaciśnięte w pięści i pomiędzy nie wsunęła swoje palce ściskając jego dłoń mocno. Tym drobnym gestem chciała mu przekazać, że tutaj była i nie zostawiała go z tym samym. - Mam go postrzelić? - zapytała głośno nie przejmując się tym czy ktokolwiek inny ich słyszał. Chciała zwrócić uwagę chłopaka na siebie i nachyliła się w jego stronę, żeby wyszeptać mu do ucha. - Nie ma nad tobą kontroli. - musnęła oddechem jego policzek i potarła kciukiem bliznę, która była ukryta pod tatuażem.
Dopiero wtedy znowu przeniosła swój wzrok na mężczyznę, a jej wzrok zmienił się, gdy czuła złość. Podejrzewała, że teraz wyglądała jak swój własny ojciec. Wcielenie jej najgorszych koszmarów, ale nie mogła pozwolić, żeby ten facet znowu go skrzywdził. W torebce miała broń, którą nosiła już niemal przy sobie zawsze odkąd miała zatargi z głową gangu. Mały nawyk, który sobie wyrobiła. Zresztą podobno całkiem hot wyglądała, gdy groziła komuś.
- Słabe jest narzekanie tego typu. Książę nie dostał tego czego chciał? Smutne... Reklamacji nie przyjmujemy, więc darujmy sobie te pogawędki. Niczego nie dostaniesz więc zapraszam do wyjścia. To pokój socjalny, a nie pokój wylewania gorzkich żali nadmuchanego ego, który musi pochwalić się swoimi starymi jajami. Chcesz porównać? Mam większe. - czuła jak serce bije głośno w jej klatce piersiowej, ale jak zawsze w takich sytuacjach próbowała brać wszystko na siebie. Czy wcześniej nie wspominała, że często wpadała w kłopoty przez swój niewyparzony język?
- Zostaw go. Chcesz trafić znowu tam skąd wypełzłeś? Pomóc ci wrócić? Nie wyruchali cię zbyt mocno, gdy schylałeś się po mydło? Mam znajomości i kilka przysług, które z chęcią wykorzystam, żeby pokazać ci czym jest strach. - Bronx rządził się swoimi prawami. Kurwa była w stanie nawet poprosić Riva, żeby ten szturchnął swoją siostrę, która pracowała w wydziale zabójstw, żeby załatwić tą sprawę. Martwiły ją reakcje Rowleya. Bała się, ze ten w końcu straci nad sobą kontrolę, a ta dwójka stanie naprzeciwko siebie. Nie zamierzała do tego dopuścić.
Rowley Moreau
But I gave myself again to that fire, threw myself into it, into him, and let myself burn.
Był popieprzony. Był złamany, był zepsuty niczym gnijący owoc i co najgorsze to miał tego świadomość ale nie potrafił z tym walczyć. To tak jakby nagle wszystko uciekało spod jego nóg, widząc przed swoją twarzą te znienawidzone oczy, które przypatrywały mu się badawczo powodowało, że nie wiedział co ma ze sobą zrobić…
Nie powinien być słaby i przede wszystkim nie powinien być tchórzem.
To była jego walka, to on powinien teraz unieść wysoko podbródek i udowodnić temu mężczyźnie, że już nie miał na niego żadnego wpływu, tylko że w tym momencie był zamknięty w pieprzonej bańce wspomnień, które docierały do niego z każdej możliwej strony. Był zagubiony.
Ten dotyk.. Znajomy dotyk, znajomy głos spowodował, że Rowley zamrugał lekko kierując swoje niebieskie oczy rozszerzone lekko ze strachu na dziewczynę, cień uśmiechu zaledwie widoczny ale przede wszystkim smutny pojawił się na jego ustach gdy jej słowa do niego dotarły. Nawet gdy niesamowicie kusiło go, żeby powiedzieć, że ma zrobić z niego papkę to powstrzymał się przed wypowiedzeniem tych słów, ścisnął lekko jej palce jakby obecność dziewczyny dawały mu siłę - Rosales nie była jego największą słabością, była także jego pieprzoną siłą. Przeniósł spojrzenie z jej twarzy na ich splecione dłonie, na bliznę ukrytą pod tatuażem, których się zawsze wstydził bo pokazywały jakim był słabym i przerażonym chłopcem przez te wszystkie lata, nigdy jej nie powiedział dlaczego tak naprawdę to robił, nie powiedział jej, że ukrywał swoje blizny bo wstydził się tego.
Z ust mężczyzny wyrwał się rechoczący śmiech… taki sam jak za każdym razem gdy Rowley błagał go, żeby przestał. Blondyn wzdrygnął się od tego dźwięku i mocniej zaczerpnął powietrze w płuca, byleby tylko się nie rozpaść na jej oczach, nie mógł pozwolić, żeby to wszystko przejęło nad nim kontrolę.
Zaczynam Cię lubić, wiesz? Masz jaja w przeciwieństwie do mojego syna, który potrafi tylko stać jak kołek.
Pełne rozczarowania spojrzenie przeniosło się z dziewczyny na blondyna, gdy ten lekko się skrzywił.
Brutalna… co takiego w nim widzisz co? Lubisz słabych? A może lubisz zepsute zabawki, które trzeba naprawić? Przekrzywił lekko głowę z zaciekawieniem spoglądając na dziewczynę, przesuwając po niej spojrzeniem w sposób, który ani trochę nie spodobał się Rowleyowi, tak jakby widział w niej kolejną zabawkę którą mógłby… Zrobił krok do przodu ręką odcinając dziewczynę, odpychając ją nawet lekko do tyłu gdy stanął twarzą w twarz ze swoim ojcem, ze swoim pieprzonym koszmarem.
— Nie patrz tak na nią, pieprzony zwyrolu — warknął w jego stronę, zaczerpując powietrze… Moreau wyprostował się bardziej. Nie był już przerażonym chłopcem, dla niej. — Wynoś się z mojego warsztatu, nie dostaniesz nawet złamanego grosza, nie będę na Ciebie tracił czasu. Samo pojawienie się tutaj było błędem, zapomniałeś że masz zakaz zbliżania się do mnie po tym co mi robiłeś? — warknął ostrym tonem, mieląc te słowa powoli w ustach, wiedząc, że Rick na pewno wezwał już gliny, w najgorszym wariancie przyjadą tutaj w ciągu paru minut.
Layla Rosales
Art is only a way of expressing pain
Zacisnęła swoją drobną dłoń, a na jej twarzy było widoczna irytacja, gdy spojrzenie mężczyzny przeniosło się na Rowleya. Było to niczym abstrakcja. Jeszcze chwilę temu sama stała jak kołek, gdy ten mężczyzna zabrał z jej dłoni klucze do samochodu. Jeszcze chwilę temu wylewała łzy w koszulkę Rowleya, bo była przerażona niczym Loki tamtego dnia, gdy znalazła go z blondynem w ciemnym zaułku miasta. Pablo zawsze jej powtarzał, że była niczym mały kotek, który rzucał się z pazurkami na każdego nie zważając na to czy ktoś był większy i silniejszy. Nie raz pakowała się przez to w kłopoty, tak jak było to w przypadku Josha. La Gata. Tak do niej mówił, bo była niczym ten kot, który chadzał swoimi ścieżkami i nikt nie był w stanie jej zrozumieć, gdyż była zmienna niczym pogoda. Nikt nie mówił, że artystki były normalne.
- Już dawno przestałam bawić się takimi zabawkami. To cholernie porąbane, że mówisz o słabości, gdy drobna dziewczyna całkowicie nad tobą dominuje i to tobie pyskuje. Nie masz żadnej przewagi w tej dyskusji więc odejdź. Próbujesz zgrywać twardziela, ale to ty skomlesz pod drzwiami, bo zostałeś z niczym. - uśmiechnęła się delikatnie nie pokazując ani krzty strachu. Ten człowiek nie mógł jej skrzywdzić bardziej niż jej ojciec. Gdyby nawet jakimś cudem ją dorwał, to była nauczona przyjmować ból w każdej postaci.
Spojrzała zaskoczona na Rowleya i posłusznie zrobiła krok do tyłu, gdy ten stanął przed nią. Tym samym pokazując tamtemu człowiekowi, że Rowley był silniejszy niż mu się zdawało i szanowała jego zdanie. W jej oczach blondyn nie był słaby. Był dla niej partnerem, któremu ufała i bez mrugnięcia okiem powierzyłaby swoje życie. Teraz w obliczu zagrożenia również mu ufała i po jego geście zrozumiała, że powinna się wycofać. Była jednak tuż za nim i obserwowała czujnie każdy ruch tego człowieka, który kiedyś był dla niego ojcem.
- Obleśne. Jest to zboczone, że myślisz że byłbyś w stanie mnie złamać. Ja nie gram czysto. - podeszła bliżej, żeby chłopak mógł poczuć za sobą jej obecność.
Rowley Moreau
But I gave myself again to that fire, threw myself into it, into him, and let myself burn.
Wszystkie wspomnienia miał w tym momencie przed oczami, to jak kazał mu sam siebie okaleczać i gdy widział jego wykrzywioną twarz w grymasie złości, przez te wszystkie lata chłopak obawiał się, że będzie właśnie taki jak on, że będzie zepsuty przez to co się działo i przez to, że w bólu znalazł to cholerne ukojenie do którego pragnął dążyć. Rosales znała jego sekrety i wiedziała z czym przez te wszystkie lata się borykał, a gdy było naprawdę źle z nim to znowu sięgał do tego jakby tam czekało na niego wybawienie, jakby ból miał mu nie tylko przypomnieć, ale i także uświadomić go w fakcie, że nadal istniał i egzystował, nawet gdy to był brutalny sposób na przypomnienie sobie właśnie tego. Bał się, że kiedyś mógłby go przypominać, że ten ból będzie czymś zwyczajnym w jego życiu… ale nie mógłby skrzywdzić chociażby Layli, chciał ją mieć przy swoim boku bo to ona przebiła się przez ten gruby mur, który wokół siebie zbudował przez te wszystkie lata i pokazała mu że nie musiał się krzywdzić, żeby naprawdę zacząć żyć pełną piersią.
Lustrował swojego ojczyma uważnym spojrzeniem, zastanawiając się w którym momencie ten znienawidził go do tego stopnia, że kazał mu się okaleczać, byleby tylko mieć z tego chorą satysfakcję, powinni go zamknąć w kaftanie i w jakimś zakładzie psychiatrycznym a nie w więzieniu, gdzie zapewne współwięźniowie już wymierzyli m ukarę za to, że trafił tam przez znęcanie się nad małym dzieckiem.
Mała zdzira nie będzie mi mówić co mam robić!
Jego ojciec warknął w kierunku dziewczyny, krzywiąc się lekko na jej słowa, ale nie dawał po sobie znać, że te mogłyby w jakikolwiek sposób go dotknąć, zresztą w swoim życiu widział zbyt wiele. Blondyn zacisnął mocniej szczękę.
— Fajnie było w więzieniu? Mam nadzieję, że dali Ci tam popalić za to, że znęcałeś się nad małym dzieckiem i kazałeś mu się sam okaleczać. Chcesz tam zaraz wrócić? — warknął w kierunku swojego ojczyma, krzyżując lekko ręce na piersi, jeśli ten uważał, że chłopak tak po prostu odpuści to się srogo mylił, zwłaszcza że nie podobało mu się to jak patrzył na Rosales, tak jakby szukał swojej kolejnej ofiary.
Elijah… już na Ciebie czas, policja tutaj jedzie.
Głos Ricka rozległ się za plecami mężczyzny stojącego w drzwiach, Rowley nie chciał być świadkiem ich jakiejś walki, zwłaszcza że kiedyś podobno byli najlepszymi przyjaciółmi, chciał tylko żeby ten pieprzony chodzący koszmar opuścił jego warsztat w trybie natychmiastowym a to czy mieliby znowu wsadzać go do więzienia, to nawet go nie interesowało.
— Rick, wynieś te pieprzone śmieci z mojego warsztatu — wyrzekł jeszcze w stronę swojego biologicznego ojca, odwracając się przodem w stronę Rosales, chwytając jej twarz w dłonie, żeby złożyć na jej ustach czuły pocałunek.
Potrzebował jej teraz bardziej niż powietrza.
Layla Rosales
Art is only a way of expressing pain
Była cholernie przerażona tym jakie uśpione demony Elijah zbudzi. Tak długo z Rowleyem próbowali dojść do ładu ze swoimi emocjami i nie mogła pozwolić, żeby znowu wszystko runęło jak domek z kart. Zasługiwali na ten spokój. Musieli w końcu skupić się na sobie, a nie na tych wszystkich problemach, które ich wyniszczały. Jedynie przez to oddalali się od siebie, a ona nie wiedziała ile jeszcze dadzą radę znieść. Ile można cierpieć i płacić za błędy innych?
Doskonale znała to spojrzenie... Bez mrugnięcia okiem obserwowała jak Elijah jej się przygląda z wymalowaną w oczach obsesją na punkcie kontroli. Chciał ją złamać. Denerwowało go to, że nie miał kontroli nad nią, że to nie na jego widok drżała ze strachu. Tak jakby wiedział, że jej wcześniejsza panika była spowodowana przez kogoś innego i chciał zastąpić ten koszmar swoim. Bo w ten sposób również złamałby Rowleya. Odebrał mu po raz kolejny coś i pokazał, że miał nad nim władze. Ten człowiek powinien skończyć w psychiatryku albo najlepiej kilka metrów pod ziemią.
Zacisnęła mocniej palce na dłoni Rowleya i już w milczeniu obserwowała jak Rick złapał za ramię swojego byłego przyjaciela. Nie mogła oderwać spojrzenia od zagrożenia, nawet gdy Rowley odwrócił się do niej przodem i złożył na jej ustach pocałunek. Wiedziała, że Elijah ten gest odbierze jako kompletny brak szacunku i tylko go to rozwścieczy. Przygryzła wnętrze policzka, gdy mężczyźni przez chwilę się szarpali, ale z ulgą stwierdziła, że ten koszmar powoli się kończy. W końcu oderwała swoje spojrzenie od Elijah i wtuliła się w ramiona Rowleya. Przez chwilę wdychała jego zapach, żeby się uspokoić i pozwoliła sobie na spuszczenie przysłowiowej gardy. To był błąd, bo Elijah specjalnie zagrał kapitulację, żeby zaatakować w najsłabsze ogniwo. W nią. W najsłabszy punkt swojego syna. W coś co on cenił nad swoje życie.
To był ułamek sekundy, gdy silna dłoń oderwała ją z bezpiecznych ramion ukochanego. Głową uderzyła mocno o ścianę, gdy mężczyzna zacisnął swoją dłoń na jej gardle odbierając powietrze z płuc. Czuła jak po jej włosach spływała strużka krwi, a jedynie ból trzymał ją na granicy przytomności. Złapała za jego dłoń i bezradnie próbowała odciągnąć ją od swojego gardła, które paliło ją od braku tlenu.
- Odebrałeś mi warsztat, więc ja tobie również coś odbiorę. - bezskutecznie próbowała kopnąć napastnika, albo wyrwać się żeby złapać oddech. Nie miała jednak na tyle siły. Znieruchomiała dopiero, gdy poczuła na swoim policzku zimne ostrze scyzoryka.
Rowley Moreau
But I gave myself again to that fire, threw myself into it, into him, and let myself burn.
Nie chciał jednak do tego wciągać Rosales, ona już dostatecznie dużo wycierpiała w swoim życiu i powinna skupić się na przyjemnościach jakie można czerpać, a nie na demonach z własnej przeszłości, które widziała w każdym starszym, napotkanym mężczyźnie. Tylko, że przed sobą mieli tak naprawdę psychopatę, który był zdolny do wszystkiego, człowieka, który bez żadnych oporów mógł ją skrzywdzić a na to Rowley nie mógł tak po prostu pozwolić. Nie chciał więcej cierpienia w swoim życiu, chciał skupić się na warsztacie oraz na swojej przyszłości z Laylą, nie patrząc w wstecz na to co kiedyś było.
Musiał się od niego odciąć raz na zawsze, po prostu zapomnieć, że taki człowiek istnieje na tym świecie.
Objął dziewczynę ramionami, żeby uchronić ją przed tym widokiem, nie chciał żeby ona była w to wciągnięta, nawet gdy po części była jako jego dziewczyna, nie sądził jednak, że Elijah posunie się do takiego kroku, poczuł jak ten odpycha go mocno na bok a po chwili rzucił się na Rosales przypierając ją do ściany. Krzyk uwiązł mu w gardle, a złość, którą poczuł spowodowała, że sam rzucił się na mężczyznę nie zastanawiając się nawet nad tym co robił.
— Zostaw ją do cholery, ona nie ma nic z tym wspólnego, to sprawa między nami — warknął w stronę swojego ojca, chwytając go mocno za rękę, starając się rozluźnić uścisk na szyi dziewczyny, odsunął się jednak gdy ojciec zamachnął się na niego scyzorykiem przecinając jego koszulkę na ramieniu jak i skórę, krzyknął lekko na ten gest, ale na szczęście zaraz do środka wparował także Rick, który wykorzystał to, że Elijah zwolnił uścisk na szyi Rosales przez zamachnięcie się i odciągnął go od dziewczyny.
Koszmar skończył się gdy wparowało do środka dwóch policjantów, którzy odciągnęli siłą Elijah od nich, Rowley odwrócił się przodem do dziewczyny i chwycił ją, zmuszając do tego, żeby spojrzała mu prosto w twarz, nie przejmując się rozcięciem na skórze, które zostawił mu mężczyzna.
[koniec]
Layla Rosales





