ODPOWIEDZ
50 lat 182 cm agent fbi
Awatar użytkownika

I know, I know, I know this situation's strange. It takes a little getting, a little getting used to. Love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me more than you possibly can.

something about me
by dc: depresjanagrubym

001.

~ Zahir Nayyar ~
in his heart, there's a hole,
there's a black mark on his soul
in his hands is my heart and he won't let go 'til it's scarred



⟣ Scena pierwsza, ujęcie pierwsze. Szpitalne łóżko.

Ciężar pościeli na brzuchu, chłód poduszki pod karkiem, rześkość wiatru smagającego pożółkłe firanki. Cisza. Cisza zapadła w zmęczonej głowie, przeganiająca wszystkie myśli, cisza bezwzględna i ogłuszająca.

Minie kilkadziesiąt sekund, nim z jej szponów wyrwą się pierwsze dźwięki. Miarowe pikanie aparatury, oznaczające, że to jeszcze nie jest koniec, szmer rozmów na korytarzu, głuche echo oddalających się kroków.

Kolejne kilkanaście, nim Volker zarejestruje odgłosy bliższe i bardziej znajome: szumiący wdech, ciężki wydech, szemrzący podźwięk głęboko w piersi. Głośniejsze piknięcie zamontowanej u wezgłowia maszyny. Spokojny tembr męskiego głosu, rozpoznaje w nim aktorskie naleciałości, ale nie ma siły przechylić głowy, by skierować spojrzenie w stronę telewizora.

Kilka sekund, nim cicho jęknie, nagle zbyt świadomy istnienia rurek wprowadzonych w krwiobieg, elektrod przylepionych do ciała, bólu narastającego w lewej skroni. Wciąż nie otworzył oczu, nie rozejrzał się jeszcze po pomieszczeniu, nie dostrzegł świeżych kwiatów ustawionych w tanim, plastikowym wazonie. Nie wie, że oparta o ścianę kartka z rysunkiem uśmiechniętego chomika i napisem SZYBKIEGO POWROTU DO ZDROWIA podpisana jest imieniem mężczyzny, z którym nie łączy go nic ponad wspólnie spędzane wieczory.


⟣ Scena druga, ujęcie pierwsze. Kawalerka na Brooklynie.

Po ulicy błąka się kot.

Czasem siada na parapecie, zerka przez szybę do środka maleńkiego mieszkania, głośno miałczy, gdy jest głodny. Volker co jakiś czas rzuca mu kawałek smażonej ryby, kupuje kurze udko lub mięsną puszkę. Wystawia miskę pełną świeżej wody. Gładzi rudawe futro porastające kark.

Gdy wraca do domu — już z nowym sercem, choć wciąż tą samą, ponurą miną — wita go odór kociego moczu. Wyrzuca zasikaną kanapę i dwa fotele, w ich miejscu ustawia maleńki stolik i krzesło. Nie potrzebuje większych luksusów, jest przecież sam, nie licząc tego wstrętnego zwierzęcia, wkradającego się do budynku przez uchylone okno. Teraz Volker wreszcie je zamyka, zatrzaskuje szybę za kotem, zaciąga roletę, by nie patrzeć w nierozumne, smutne oczy.

Nie wie jeszcze, że spędzi cały ranek na nawoływaniu, grzechotaniu paczuszką wieprzowych chrupków i błaganiach, by sierściuch wrócił.

Wciąż będzie samotny, ale już nie sam.


⟣ Scena trzecia, ujęcie pierwsze. Bar w Queens.

Muzyka nie cichnie.

Cierpliwie powtarzany refren wwierca się w umysł Volkera, osiada na peryferiach świadomości, przebija się przez chmarę ciemnych myśli. W jego głowie zawsze jest głośno. Kiedyś potrafił temu zarazić: zatopieniem się w lekturze akt, kieliszkiem francuskiego wina, szklaneczką whisky on the rocks. Teraz z pomocą przychodzą mu tylko leki schowane w wewnętrznej kieszeni marynarki, na piersi, tuż przy sercu. Połyka jedną tabletkę, wsuwa do ust koniec plastikowej słomki, upija dwa łyki. Słodycz syropu, zmieszana z gorzkim posmakiem cytrusowego toniku, wykrzywia mu usta.


Did you write the book of love?
And do you have faith in God above
If the Bible tells you so?


Siedzi przy barze. Jedną stopę opiera na śliskiej od rozlanego piwa posadzce, drugą na desce łączącej drewniane nóżki. Podpiera brodę na zgiętej dłoni, łokieć na blacie, oczy wlepia w zawieszony za plecami barmana telewizor. Kolejna zwrotka atakuje jego uszy, ale Volker koncentruje się już na czymś innym.


Now, do you believe in rock 'n' roll?
Can music save your mortal soul?
And can you teach me how to dance real slow?


Nie słyszy głosu siedzącego w studiu dziennikarza; śledzi ruch warg i języka, rozczytuje kolejne słowa, aż zamieniają się one w zdania i krótki opis najnowszej zbrodni. Volker wie o niej od tygodnia. Od tygodnia też przegląda zdjęcia, które wysłał mu pracujący przy sprawie przyjaciel. Ma je teraz przy sobie, zapisane w galerii staromodnego telefonu, ale tkwią też w jego głowie: odbitki polaroidów wywieszone, scena po scenie, na sznurkach w prywatnej ciemni umysłu. Dostrzega policyjną taśmę na puszczonym w telewizji nagraniu, widzi rozmazany fragment czegoś, co mogłoby być ciałem.

Nie pokazują szczegółów.

Nigdy tego nie robią, ale on WIE, co spotkało tamtego człowieka.

Upija kolejny łyk, głośne siorbnięcie zwiastuje opróżnienie szklanki.

Wyciąga z kieszeni telefon.

into the unknown
43 lata 189 cm dziennikarz śledczy, zwycięzca Pulitzera
Awatar użytkownika

hand in unlovable hand.

something about me
by dc: loons_toons

yesterday, upon the stair,
i met a man who wasn't there

Miłości, najłagodniejsza z łagodnych, najłaskawsza z łaskawych, wspomnienia o tobie wyłaniają się z otaczającej go nocy. Czerń firmamentu przywodzi na myśl heban twych włosów, wyślizgujących się spomiędzy jego palców, których kosmyki raczył pocałunkiem pełnym czci dla ich piękna. Ostatni oddech zimy muska rozpaloną zmęczeniem skórę z czułością twych palców, rysujących na ciemnym jej pergaminie symbole znane tylko tobie. Miłości, czy uśmiechniesz się z tkliwością, czy może to żal jaki, tknie twych skroni, gdy ujrzysz jak nisko upadł pogrążony w rzece tęsknoty, niezgłębionej toni rozpaczy, która pustką rozprzestrzenia się po jego wnętrzu? Ujrzyj miłości, ujrzyj jak twój pokorny sługa poddaje się własnym słabościom, li śmiertelnik w obliczu twej boskości, który gotowy jest pohańbić własną dumę, byleby tylko zaznać echa twej obecności.

Spójrz miłości, pochyl swą nadobną głowę, spójrz jak oto stoi niby posąg zaklęty w czasie naprzeciw drzwi prowadzących do wnętrza obmierzłego pubu. Czarna mara zastygła w bezruchu, z ustami zaciśniętymi w wąską linię. Opadające płatki śniegu próbują bielą nadać mu odrobiny kolorytu, tylko po to, by móc się poddać pozostawiając po sobie wilgotne ślady na graficie płaszcza. Stoi. Wie, że tam w cieple wnętrza kryje się istota, która zasługuje na pogardę, na przejaw najczystszej nienawiści tego, który poprzysiągł ci wierność, jak pies, klęcząc u stóp twoich. Szabrownik, łupieżca, co odebrał twe serce tylko po to, by móc zaczerpnąć kolejny dech w swoim obumierającym ciele. Och, jaki niesmak na języku budzi jego imię, jak wielkie politowanie wzmagają jego czyny. Nie ma poszanowania dla twego daru, o ukochana, ta człowiecza abominacja. Lecz ma ciebie w sobie, rytm organu bije twoim rytmem, mięsień napędza plugawą krew łącząc ją z twoim istnieniem nierozerwalnie. A on tęskni, jak bezpańskie zwierzę, które wygląda za cieniem swego właściciela w każdej mijającej go osobie. Czy będziesz mieć mu za złe o miłości, jeśli ten raz zakosztuje towarzystwa tego, co po tobie zostało? Tylko raz, nim nadejdzie moment, gdy odbierze to, co z woli bogów przynależało do niego. Wasza unia, wasza jedność.


"i'm living in an age, that calls darkness light
though my language is dead, still the shapes fill my head
"


Peter Gabriel wyznaje swoje sekrety w momencie, w którym podeszwy wypastowanych, eleganckich butów wywołują skrzypnięcie na lepkiej od zimowego błota oraz rozlanego alkoholu podłodze. Miarowy krok, spokojny, niespieszny, jak sama śmierć przemierzająca poprzez tłumy, które nie ośmielą się jej, chociażby tknąć. Wysoka postać, prosta jak struna niedostępna dla dotyku przeciętnego mieszkańca. Siada przy barze, wierzchnie okrycie układając na oparciu krzesła, dzieli ich od siebie dokładnie jedno miejsce oraz cała otchłań nieprzychylności, która nie odbija się na neutralnym wyrazie twarzy mężczyzny. Jest pragnienie, które zmusza posokę do szybszego obiegu w splocie błękitnych żył. Pragnienie sięgnięcia ku szerokim ramionom wpatrzonego w swój telefon agenta, złożenia otwartej dłoni na jego piersi, na wbiciu palców tam, gdzie bije nienależące do niego serce, do samej krwi, do ciepłego mięsa. Powstrzyma się jednak, jest cierpliwy w swej słabości. Spojrzenie więc kieruje w stronę barmana, zna go, Cunningham na tyle często zapija tutaj swoje problemy, że Nayyar uchodzić niemal może za stałego bywalca. Młody, chłopiec ledwie o lśniących oczach lustrujących sylwetkę dziennikarza odwraca się, aby móc przynieść oczekiwane bez słowa wino. Czerwone, półwytrawne, włoskie, lekko schłodzone jeśli chłopiec chce otrzymać lepszy napiwek.


"i'm living in an age, whose name I don't know,
though the fear keeps me moving, still my heart beats so slow
"


Na ekranie telewizora wciąż widnieje dziennikarka, miaukliwa jędza roztrząsająca zbrodnie, która miała miejsce niedawno, a przecież tą poprzedziła w krótkim odcinku czasu jeszcze inna. Nie patrzy na nią, zamiast tego przechyla głowę na bok, spięte w niskim kucyku włosy łaskoczą odsłoniętą szyję, rozpina dwa pierwsze guziki czarnej koszuli. Przymyka powieki w chwili, gdy zaczyna podwijać rękawy, odsłaniając karmel przedramion. Nie zamierzał brudzić materiału, gdy postanowi oprzeć się od ladę, którą przecierają jedynie mokrą szmatą.

- Paskudna sprawa - odzywa się barman, który najwyraźniej uważa, że skoro rozpoznają się wzajemnie, tak istnieje między nimi jakaś relacja pozwalająca na bezpośredni zwrot w stronę Zahira. Nie komentuje tego, ujmuje kieliszek, pozwalając by płyn zakręcił się w naczyniu nim pozwoli aromatowi dotrzeć do swoich nozdrzy. Ujdzie. Upija pierwszy łyk, kompletnie pozbawiony zainteresowania czymkolwiek innym - Wcześniej Wirginia, teraz Pensylwania, jakby się zbliżał do nas - aż się wzdryga, pochylając się do starszego bruneta, jakby miał właśnie zdradzić mu jakąś ogromną tajemnicę - Mówią, że to ten cały Remnant coś tam, ale nigdy wiesz, nie brał się za tak młode, myśli pan, że padnie w końcu na Nowy York? Że czas zabijać okna, chować żony i dzieci? Powinienem się martwić? - ostatnie zdanie brzmi niemal zalotnie, choć jest jedynie brzęczeniem w uszach Zahira. Dwa ostatnie morderstwa, które miały miejsce na przestrzeni ostatniego miesiąca były mu obce, wstrętne, odrzucające, niezrozumiane. Nie należały do niego, albowiem on nie zabijał. Nigdy. Składał ledwie ofiary na ołtarzu swej miłości, tęsknotą nawoływał tę, która nigdy już nie spojrzy ni razu w jego stronę, póki sam bóg śmierci nie sięgnie po jego duszę. Ktokolwiek był sprawcą, niecierpliwił się. Czekał na odzew, czyi?


"my body is a cage that keeps me, from dancing with the one I love,
but my mind holds the key, you're standing next to me
"


- Pulvis et umbra sumus - odzywa się w końcu, niski tembr głosu znaczy brytyjski akcent, niemal znudzenie wybrzmiewa w każdej wypowiedzianej literze. Nie musisz się przejmować, mógłby rzec, jednak byłby to zbyteczny trud zachęcający do podjęcia dalszej konwersacji. Łacińska fraza sugeruje, że co ma być to będzie, czym są ludzie wobec woli bogów? Samego losu? Wyciąga papierośnicę, pojedynczy papieros wsuwa między wargi. Jedynym plusem Circe jeśli chodzi o wybranie lokalizacji do wylewania swoich żali było to, że można było tutaj palić legalnie. Nie wykonuje dalszego gestu, czeka aż młody barman podsunie mu ogień. Obecność drugiego mężczyzny, tak blisko, a zarazem tak daleko zarówno ciąży, jak i budzi ciemną masę gnieżdżącą się we wnętrzu pisarza, bestia przeciąga się, przekręca, w swej ciemności jest czujna, wyczekuje odpowiedniego momentu aby obnażyć kły.

he wasn't there again today,
i wish, I wish he'd go away

Volker Ackermann
love is in the air
50 lat 182 cm agent fbi
Awatar użytkownika

I know, I know, I know this situation's strange. It takes a little getting, a little getting used to. Love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me more than you possibly can.

something about me
by dc: depresjanagrubym

Barman zaczyna obłapać własne kieszenie. Przegrzebuje spodnie, odsuwa na bok czarny, poplamiony alkoholem fartuch, uderza się w pierś otwartymi dłońmi. Volker nie tyle mu się przygląda, ile mimowolnie zauważa zachodzące w twarzy młodzieńca zmiany. Jego zalotny uśmiech zamienia się najpierw w podłużną kreskę, a chwilę później w szczere zdziwienie, podkreślone rozchyleniem drżących ust. Naprawdę chciałby pomóc, dostrzega to w każdym nerwowym ruchu i niekontrolowanym spięciu mięśni. W ciele chłopca dzieje się coś dziwnego, coś pierwotnego, jakby w jego sercu powstawała nagle czarna dziura, wsysająca wszystko, z czego jest zbudowany. Zapomina o kolejnym kliencie i o tym, że przed wyjściem z domu nie wyprowadził psa; o tym, że dzisiejsze napiwki nie są fantastyczne i o tym, że pewnie nie wystarczy mu na ubezpieczenie samochodu. Przez te kilka sekund, kiedy obraz na ekranie jeszcze się nie zmienia, w głowie barmana rozbrzmiewa alarmowy dzwon i niewypowiedziane polecenie odnalezienia zapalniczki.

Nie udaje się.

Może zostawił ją w szatni, może na umywalce w pracowniczej toalecie. Może w wyniku rozproszenia nieprzyjemnymi wiadomościami wrzucił ją do zamrażarki. Potrzebuje krótkiej chwili, by uświadomić sobie, że jest już za późno: dłoń Volkera zsuwa się po oparciu krzesła, chowa na chwilę w kieszeni płaszcza, a gdy ponownie ląduje na blacie, pomiędzy palcami pobłyskuje metaliczna czerń staromodnej zapalniczki. Nie otwiera jej, nie roznieca ognia w tej maleńkiej przestrzeni dzielącej go od nieznajomego; po prostu wyciąga w jego stronę rękę, uderza kostkami o ladę, wypuszcza zapalniczkę z uścisku.

Wciąż się nie odzywa.

— Najmocniej przepraszam, proszę pozwolić… — mamrocze barman i przechwytuje zapalniczkę, nim trafi ona w ręce Zahira. Ma problem ze zrozumieniem jej działania. Przez chwilę niesfornie obraca ją w dłoniach, próbuje znaleźć mechanizm odpowiedzialny za podważenie części zabezpieczającej, ale w końcu zerka w stronę Volkera w wyrazie niemego oczekiwania pomocy.

Piosenka dobiega końca. Na chwilę w pubie zalega ciężka cisza, przerywana jedynie szemraniem pojedynczych głosów (ale gdzieś w tle, daleko, niewystarczająco wyraźnie, by dało się rozczytać sens wypowiadanych przez nie słów).

Nim Johnny Cash odezwie się do nich z głośników zawieszonych pod sufitem, Volker wyłuska zapalniczkę z dłoni barmana i poprosi go, by przygotował kolejnego bezalkoholowego drinka.


there ain't no grave can hold my body down
there ain't no grave can hold my body down


— On nie rozumie łaciny — mówi mrukliwym, niskim tonem, gdy mężczyzna znika gdzieś na zapleczu w poszukiwaniu butelek z kolorowymi syropami.

Odbezpiecza zapalniczkę i przesuwa palcem po tępej zębatce. Ogień najpierw gwałtownie rośnie, po kilku sekundach się uspokaja, by przyjąć formę bezpiecznego płomyczka.

Volker odwraca się w stronę Zahira, wyciąga ramię, zauważa w tym facecie dziwną manierę wyniosłości, jakby samo nachylenie się, skłonienie karku, wsunięcie czubka papierosa w ogień, było poniżej jego godności.


well, look way down the river, what do you think I see?
i see a band of angels, and they're coming after me


Wykorzystuje tych kilka sekund na przyjrzenie się mężczyźnie dokładniej.

Rejestruje spięte włosy opadające na kark — doprawdy dziwny wybór — i ciemny odcień skóry, która — pospieszne zerknięcie w stronę trzymających papieros dłoni — zdaje się ZBYT gładka, jakby istniała gdzieś p o m i m o upływu czasu. Dwa rozpięte guziki, więc albo jest mu gorąco (pieczenie płomienia przy palcu zaczyna być nieznośne), albo nosi się z nonszalancją naturalną klasie uprzywilejowanej, do której Volker nigdy nie należał, a z którą trudno mu było się porozumieć.

Podnosi wzrok, ich spojrzenia wreszcie się krzyżują.


meet me in the middle of the air and if these wings don't fail me
i will meet you anywhere


Śmierć nie ma czarniejszych oczu.

Wie, bo przecież Ją pamięta. Jest obrazem wydrążonym na ścianie umysłu, murem postawionym między tym a poprzednim życiem. Jest wspomnieniem chłodu rurek przeszywających skórę i elektrod przyczepionych do piersi. Miała oczy czarniejsze od hebanu i spojrzenie tak surowe, że Volker ODCZUWAŁ je całym ciałem. I tylko ten chłód, chłód, chłód, ból zawieszony na granicy nieistnienia.

Odsuwa rękę. Zabezpieczenie opada, płomień gaśnie, zapalniczka ląduje na dnie kieszeni. Barman stawia przed nim kolejnego drinka, równie kolorowego i słodkiego, co poprzedni. Volker nie protestuje, gdy otrzymuje w zestawie zupełnie nową plastikową słomkę, mimo że z tamtą jest przecież wszystko w porządku.

— Może poszukam czegoś przyjemniejszego. — Wyciąga spod lady pilot do telewizora, kieruje go w stronę ekranu, ale powstrzymuje go nagłe chrząknięcie.

— Zostaw. — Volker wypuszcza słomkę z ust, przeciera wargi wierzchem dłoni. — Będą o tym mówić na każdej stacji informacyjnej. To chwilowo najbardziej chodliwy temat. Przynajmniej do czasu kolejnego ataku albo zapowiedzenia jakiegoś koncertu. — Wzrusza ramionami. Obraca w palcach telefon z zablokowanym ekranem, zerka kątem oka w stronę Zahira. Nie odpowiada mu, że usiadł tak blisko. W dalszej części lokalu wciąż znajdują się wolne stoliki.

— To przerażające, co? — Barman już to mówił, ale powtarza po raz kolejny. Pragnie p o t w i e r d z e n i a, więc Ackermann usłużnie kiwa głową. — I myśli pan, że on naprawdę tutaj zmierza? — Jeszcze jedno kiwnięcie. — Ale policja go złapie?

Krótka przerwa. Dwa łyki.

— Zapewne.

Młodego mężczyzny nie cieszy ta odpowiedź. Chwyta za ścierkę, wraca do polerowania kufli.

Volker czuje zapach dymu i wie, że nie powinien, ale…

— Przepraszam — zwraca uwagę Zahira. — Czy poczęstuje mnie pan papierosem?


Zahir Nayyar
into the unknown
43 lata 189 cm dziennikarz śledczy, zwycięzca Pulitzera
Awatar użytkownika

hand in unlovable hand.

something about me
by dc: loons_toons

poniższy tekst może zawierać: przemoc

Miłości, czy westchnienie wymyka się spomiędzy twych różanych warg, czy wprawia powietrze w drżenie, tak niepewne jego znaczenia? Czy pokręcisz zaraz głową delikatnie, na granicy rozbawienia oraz dezaprobaty, odrywając na moment policzek od ud Indrani, co boskimi palcami przeczesuje heban twych włosów? Bo widzisz, oczywiście, że widzisz jak wielką walkę toczy w swym wnętrzu, jak usilnie stara się pozostawać w bezruchu, nim zdradziecka tęsknota przebije się przez wzniesione przezeń mury. Jesteś przecież tak blisko, na wyciągnięcie ręki, na zerwanie się z miejsca i sięgnięcia po jasne kosmyki, na rozbicie męskiej twarzy kilkukrotnie o barową ladę, nim roztrzaska podany kieliszek z winem i ostro zakończoną nóżką przetnie tętnicę szyjną. Usta przytknie do gorącej krwi pompowanej przez t w o j e serce i w końcu, wreszcie to okrutne zimno, lodowata pustka co owładnęła jego duszą choć trochę zazna ciepła. Marznie, och miłości, jak on marznie bez ciężaru twego spojrzenia, bez czułości ramion, zmyślności słów. Jednak nie zasługujesz na to, ukochana, umiłowana. To, co zostało skradzione nie powinno po raz ostatni zabić w obskurnym barze, pośród świadków niegodnych twego majestatu. Więc nie dotknie go, nie teraz, nie tak. Nie zhańbi twego jestestwa, twoje dobro wyniesie niezmienne ponad własne, przygotuje dla ciebie ołtarz, na który zasługujesz. Będzie więc cierpliwy.

Tak, jak cierpliwy jest teraz. Ze spokojem czeka, niewzruszony posąg mający przed sobą perspektywę wieczności zawieszonej między dłońmi barmana a jego kieszeniami, które na próżno przeszukuje. Widzi starania, niemniej starania nie wystarczą, nigdy nie są wystarczające. Żałosny chłopiec, który jeszcze przed momentem pozował na kogoś znaczniejszego, kogoś, kto godzien jest uwagi mężczyzny o ciemniejszej karnacji. Żałosny chłopiec, który zostaje uratowany przez jeszcze podlejsze stworzenie, a mimo to nie potrafi wykorzystać okazji, gubi się, jego ruchy tracą brawurę im mocniej opal oczu przyszpila go swoją intensywnością. Żadna iskra nie dobędzie się ze staromodnej zapalniczki, żadne zadowolenie nie przetnie beznamiętnej twarzy. Ach. Ocalony raz jeszcze. Milczący dotąd agent wybija się na wyżyny własnej szczodrości, oferując młodzieńcowi możliwość ucieczki, którą ten wykorzystuje. Rozczarowujące. Godne politowania. Podobnie godne politowania jest napięcie przecinające ramiona Zahira, jakby spodziewał się, że z gardła Ackermanna dobędzie się zupełnie inny głos, miększy, przyjemniejszy dla ucha, tak złaknionego jego dźwięków. Nie, zamiast tego jest niski ton, niższy niż jego własny, na swój sposób niemal chrapliwy, jakby zapomniał, że słowa należy artykułować wyraźnie, nie topić ich w niskich nutach pomruków. Nie planował się odzywać, to jest pewne. Nie zamierzał odzywać się do n i e g o.

A jednak. Na przekór czyni to, nawet jeśli pragnie wytknąć głupotę barmana, a może naiwność samego dziennikarza, iż ten sądził, że chłopiec miałby, chociażby szansę liznąć łaciny. Czy Volker sam rozumiał piękno tego języka? Mógłby zapytać, mógłby też w zaciszu własnego mieszkania przejrzeć raz jeszcze jego akta, opuszkiem palca przesunąć po linii szczęki mężczyzny widniejącego na zdjęciu, wyobrazić sobie jak klatka piersiowa otwiera się przed nim niby owoc granatu zachęcający do skosztowania swych nasion. Nie zapyta, to nie był odpowiedni moment na pytania, niedostatecznie intymny, nadal zbyt obcy, by móc się na podobny zabieg połasić. Kiwa więc głową, poważnie, powoli, jakby nie spodziewał się niczego po barmanie ponad jego przeciętność.

Ruch zmusza go do oderwania spojrzenia od próżni widniejącej przed nim, ciało dotąd odległe pochyla się w jego kierunku, ramię wysuwa się, płomień bijący z zapalniczki pozostaje stabilny. Nayyar rozpoczyna leniwą wędrówkę, od wyciągniętej dłoni - większej od jego, jak zauważa w niemym niezadowoleniu - po umięśnione przedramię, wzrok zawiesza się o dwie sekundy zbyt długo w miejscu, gdzie bije utęsknione serce nim przeniesie się na drgające jabłko adama, żuchwę, pełniejszą dolną wargę, ślad zarostu nad górną, prostą linię nosa, oczy. O c z y.


...dźwięk pikających maszyn oraz odgłosy dobiegające z pobliskiego telewizora, palce zaciskające się na trzymanym skalpelu oraz głód, głód, głód i ten ból. Bogowie, ten b ó l. Każdy nerw reaguje białym spazmem, szpik w kościach pęcznieje, gotuje się gotowy wypłynąć czerwienią oraz żółcią mazi, wszystko w środku kotłuje się niesamowitym cierpieniem i ma ochotę wyć, wyć, wyć, jak zwierzę które właśnie zdecydowano się zarżnąć w najbardziej brutalny sposób. Ma ochotę gryźć, szarpać, niszczyć, krzywdzić, bo wszystko boli. Boli, boli, boli, boli. Nie zaznało nigdy takiej krzywdy, choć wie jaki odgłos wydaje przypalana skóra oraz jaki dźwięk tworzą łamane palce, wyrywane paznokcie, zna największe upokorzenia przemocy, zaznał smaku bezradności, ale to jest nic, to zawsze było NIC. Teraz też jest NIC. Ale jeśli coś czym było pochyli się nad bezwładnym ciałem, przesunie niby czule po odsłoniętym gardle, zaciśnie rękę mocniej, pozbawi oddechu na dobre, to może przestanie tak bardzo boleć. Przestanie odczuwać wilgoć spływającą po policzkach, obcą, nienaturalną, nigdy jej nie było, ale teraz jest i nienawidzi, nienawidzi, nienawidzi. Jeszcze chwila, jeszcze moment, oddech się zatrzyma, rozerwie szwy i przestanie i będą razem, razem, razem. Widzi, jak otwiera oczy. Jasne. Ciemne. Whiskey. Nie obchodzi go to, obnaży zęby, furia spojrzenia powstrzyma przed gwałtowniejszą reakcją, jednak reakcji nie ma. W oczach o barwie whiskey jest coś znajomego, ledwie przebłysk, echo utraconej obecności oraz ogrom tęsknoty, jakby czekał. Czekała. On. Ona. On. Ona. Ononaonona. Huh. Cofa rękę, woal rzęs opada odcinając od siebie ich spojrzenia, kiedy pacjent rozluźnia się pod jego dotykiem. Nie rozumie, ale ten ból jest mniej oszałamiający. Pochyla się nad nim raz jeszcze, jednak nic się nie dzieje. Huh. Odsuwa się, a potem odchodzi cicho, w milczeniu. Jak cień, jak śmierć, zwierze w nim nadal pragnie krwi. Więc niszczy życie kogoś innego.


Oczy. Odcień whiskey. Pamięta je. Nienawidzi ich. Potrzebuje ich. Powinien mu je wydłubać, tam wtedy. Końcówka papierosa jarzy się, kiedy na nowo dzieli ich dystans jednego miejsca. Iście kocie zastanowienie przemyka przez oblicze bruneta, nim skieruje swoją uwagę w stronę telewizora. Papieros w dłoni, palec wskazujący sunący po nóżce kieliszka, to w dół to w górę, delikatnie, lekko. Barman wraca, mówi coś, ale Zahir przestaje go słuchać. Gówniarz powinien bardziej martwić się tym, że prędzej zostanie obrabowany i ewentualnie dźgnięty nożem w bok, niż stanie się ofiarą seryjnego mordercy. A potem zostaje poproszony o papierosa.

Przekręca głowę nieznacznie na bok, patrząc prosto na agenta. Powinien odmówić, to oczywiste, nie będzie krzywdził bardziej niż dotychczas serca jego żony, narażał bezcennego organu na uszczerbek, kiedy płuca w końcu zaczną szwankować, jednak ach, ręka już sięga po srebrną papierośnicę, z wygrawerowanym wizerunkiem tygrysa pośród egzotycznych drzew. Przesuwa ją po ladzie, jeden płynny ruch i znajduje się tuż przed Volke. Obserwuje, jak ten wyciąga niesamowicie ostrożnie papierosa, jak bierze tę swoją cholernie starą zapalniczkę, nim ciche chrząknięcie sprawi, że starszy mężczyzna zatrzyma się w połowie gestu. Teraz to Zahir wyciąga dłoń, cierpliwie, spokojnie, nim rzeczona zapalniczka znajdzie się w jego posiadaniu. Teraz to on pochyla się ku agentowi FBI, wchodzi w jego przestrzeń osobistą tak naturalnie, jakby robił to dziesiątki razy. Przesuwa kciukiem po zębatce, płomień z sykiem roznieca się raz jeszcze. Krótkie zerknięcie spod rzęs, nim przerwie na dobre ten niespodziewany kontakt, wyprostuje się, między wargi wsunie filtr.

- Nie spieszy im się - przemawia, po tym, jak pozwoli siwemu dymowi wymknąć się spomiędzy ust. Ma na myśli policję, fakt, że do teraz nie mogą złapać sprawcy, którego zbrodnia jest jakże hucznie omawiana w telewizji. Spojrzenie przenosi na reporterkę, doprawdy, lepiej by się sprawiła jako pogodynka.



Volker Ackermann
love is in the air
50 lat 182 cm agent fbi
Awatar użytkownika

I know, I know, I know this situation's strange. It takes a little getting, a little getting used to. Love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me more than you possibly can.

something about me
by dc: depresjanagrubym

poniższy tekst może zawierać: przemoc, krew, simpowanie do zahira

Nieznajomy niewiele mówi, ale Volker szybko orientuje się, że nie jest to jedynie poza. Spotkał w życiu wielu mężczyzn, którzy milczeniem próbowali zaskarbić sobie łatkę tajemniczych. Niektórzy po prostu odmawiali składania zeznań, nawet gdy na przylutowanej do podłogi ławie spoczywały zdjęcia, fragmenty nagrań, opinie biegłych. Niektórzy nie odzywali się w ramach buntu, jakby mogli w ten sposób powstrzymać niesprawiedliwy system.

Są też tacy — i zdarzają się oni zatrważająco często — którzy milczą bez większej przyczyny. Czasem pochylają się nad na wpół pustą szklanką whisky w jakimś staromodnym barze i średnio co dwie minuty lustrują twarze wchodzących do środka mężczyzn, udając, że nie są równie zdesperowani, co ci roześmiani, wyoutowani geje, którzy nigdy nie wracają do domów samotnie. Są i ci, którzy na każde pytanie odpowiadają cichym pomrukiem (czasem oznacza to: „tak” lub „dobrze”), kiwnięciem głową (w zależności od kontekstu) lub krzywym spojrzeniem (czas się zbierać).

Volker najbardziej ceni tych, którzy swoje zamiary i pragnienia zamykają w kilku dobitnych słowach i nie zasypują go nieistotnymi informacjami. Nie chce słuchać o ich problemach. O rozbitych rodzinach, o kłopotach z ŻONĄ, o synu, który sprowadza do domu starsze koleżanki i o córce, która ma problemy z matematyką. Nie obchodzi go, że ktoś wziął kredyt hipoteczny i miesiąc później stracił pracę, nie chce znać nazwiska tego upierdliwego sąsiada, który co sobotę urządza głośną imprezę ze śmierdzącym grillem.

Czasem pragnie tylko tej… ciszy, która zapada pomiędzy zdaniami.

Spokojnej.

Bezpiecznej.

Pełnej zrozumienia.

Ciszy bez wyrzutów, ale i bez niedopowiedzeń, ciszy w gruncie rzeczy SZCZEREJ: to znaczy takiej, która nie udaje niczego więcej.

Teraz przygląda się temu obcemu mężczyźnie i odnajduje w jego obecności dziwny komfort.

P O D O B A mu się skłonienie przed nim karku. Ciche chrząknięcie, rozkaz wydany bez choćby jednego słowa, nachylenie całego ciała w jego kierunku, by przyjąć — niczym prosty, marny człowiek — ogień z dłoni boskiego Prometeusza. Zapalniczka wciąż jest ciepła, kiedy obraca ją w palcach i trochę niechętnie chowa w kieszeni.

Zaciąga się dymem.

Wypuszcza go z płuc w tym samym momencie, w którym rozchylają się wargi Zahira. Dwa białe kłęby mieszają się w przestrzeni nad barem, kotłują, okrążają, w końcu stapiają w jedno. Dym blednie, ale nim całkowicie zniknie, nie da się już odróżnić, które atomy dotykały czyich ust.

Kolejny wdech.

Volker rozchyla wargi, żeby coś powiedzieć, ale młody barman, najwyraźniej niepomny wcześniejszych niepowodzeń nawiązania rozmowy, znów sobie o czymś przypomina.

— A może już go złapali? — Jego oczy rozszerzają się gwałtownie, usta z wyraźną ekscytacją rozciągają w pełen zadowolenia uśmiech. — Ostatnio oglądałem taki film o mężczyźnie, który podłożył trzy bomby w Stanach. No i te… służby specjalne, w sumie nie wiem dokładnie, jakie, w końcu go złapały, ale nikomu o tym nie donieśli. — Chłopak wciąż poleruje kieliszki, choć jego spojrzenie skupia się teraz na rozmówcach. Nerwowe spojrzenie przeskakuje pomiędzy twarzą Volkera a Zahirem, dłonie przyspieszają rytm. — Torturowali go chyba przez tydzień. Wiecie: wyrywanie paznokci, oblewanie lodowatą wodą, cięcie nożem. Później nawet założyli mu na głowę taką dziwną maszynę, nigdy wcześniej tego nie widziałem… chociaż nie, widziałem, to już było w którejś części „Piły”, chyba nawet w jedynce. Trzymali mu dzięki temu ciągle rozwartą szczękę i mogli wyrywać zęby. Przejebane.

Volker używa swojej słomki, by rozmieszać warstwy kolorowego drinka. Osobno smakują obrzydliwie, razem: jeszcze gorzej. Tęskni za alkoholem.

— No, w każdym razie zmierzam do tego, że może media jeszcze nie wiedzą, że policja już znalazła sprawcę? A teraz po prostu go przetrzymują, tylko że nikt nie wie, gdzie. I to zupełnie tak, jakby facet w ogóle nie istniał. Bo przecież wszyscy i tak życzą mu śmierci.

Bez reguł odzywa się Volker, znów pochylając się w stronę Zahira. Wchodzi w jego przestrzeń osobistą tylko po to, by uderzyć papierosem o brzeg popielniczki.

— Słucham?

— Ten film — wyjaśnia — nazywa się Bez reguł. — Nie dodaje, że rolę terrorysty zagrał w nim ś w i e t n y Michael Sheen, ani że widział ten film przynajmniej dwadzieścia razy.

— Aha. — Barman marszczy czoło. Przecież to nie o tytuł tutaj chodzi. — No, o czym to ja…

Głośne przekleństwo roznosi się po barze echem w tym samym czasie, w którym kieliszek pęka w dłoniach młodego mężczyzny. Małe odłamki ranią palce, ale duży kawałek wbija się wprost we wnętrze dłoni.

Volker gwałtownie mruga.

Jego własny policzek przecina teraz podłużna, choć płytka, zabarwiona karminem kreska.


Zahir Nayyar

into the unknown
43 lata 189 cm dziennikarz śledczy, zwycięzca Pulitzera
Awatar użytkownika

hand in unlovable hand.

something about me
by dc: loons_toons

poniższy tekst może zawierać: krew, eye fucking, karen

Miłości, czy wiesz, że był taki moment, ledwie kilka sekund rozciągniętych do miary nieskończoności, gdy sądził, że mógłby cię znienawidzić? Unieść górną wargę niby zwierze i wyszczerzyć wściekle kły, w gniewie, w żałosnej złości za to, że odeszłaś, że go opuściłaś nim prawdziwie mogliście stać się jednym ciałem, krwią, duszą. Zniknęłaś, a wraz z tobą odpłynęło całe ciepło, czar, koloryt, jaki wnosił do świata twój głos, śmiech przypominający bąbelki najdroższego szampana musujące na języku. Została ziejąca czernią pustka, dwie durne dziewuchy, które przed całkowitym zapomnieniem ratowały jedynie oczy będące odbiciem twoich oraz potrzeba zniszczenia, roztrzaskania czyjegoś żywota, aby ktoś mógł czuć tę samą rozpacz, co on. Och, miłości, czy wybaczysz mu to chwilowe zaślepienie? Zawsze miałaś w sobie wiele litości wobec tego głupca i teraz wykaż się swym zrozumieniem, niepodobną niczemu łagodnością. Tęsknota jak jadowity wąż swe kły zatopiła w jego ciele, wpuściła jad zatruwający krew, poprawne funkcjonowanie organów wewnętrznych, pozostawiając po sobie jedynie zgniliznę oraz spustoszenie. Czy to nie przez nią tu teraz był? Bezmyślna owca kierująca się własnym pragnieniem, potrzebą zetknięcia się z przynajmniej częścią ciebie. Miłości, jakże on gardzi tą słabością, tym złamaniem się w dobie twego niebytu. Tym, jak palce zaciskające się na kieliszku drgają, chcąc sięgnąć ku szerokiej piersi, co skrywa twoje serce. Ale j e s z c z e nie może tego zrobić, j e s z c z e nie może zabrać tego, co należało do niego.

Milczy. Poddaje się tej agonii oczekiwania, niechętnej akceptacji naczynia, które więzi w sobie to, co najcenniejsze. Czy jest tam coś więcej? Coś więcej z tej, która w swe panowanie obrała jego duszę? Czy może to jedynie miraż, figiel udręczonego umysłu wmawiającego sobie, że to zrozumienie, swoiste rozpoznanie naprawdę miało miejsce? Tyle pytań, tyle niewiadomych. Nie odczuwa jednak frustracji, spokojna maniera nie uchodzi z wyprostowanej jak struna sylwetki, bo wie, że pozna każdy sekret, każdą tajemnicę. Powoli, niespiesznie rozłoży postać agenta na czynniki pierwsze, każdy fragment czy oderwany siłą, czy oddany dobrowolnie obróci kilkakrotnie, zbada uważnie, nim odłoży tam, gdzie uzna za stosowne. Być może, gdyby nie był sobą, pod wahanie wziąłby podobną decyzję, zastanowiłby się poważnie, czy mężczyzna siedzący obok podda się, czy ugnie się pod odpowiednim naciskiem, wyartykułowanym słowem, wymownym spojrzeniem. Jednak był, och był sobą, nawet jeśli nikt tak naprawdę go nie w i d z i a ł. Jeśli więc wydał swój wyrok, postanowienie, tak stanie się wedle jego woli. W tej pewności nie było buty, próżności, samouwielbienia oraz lizania własnych jaj, byleby tylko dowieść, że ma rację. Nie, to była oczywistość.

Żar pożera kolejne połacie bibuły, kiedy się zaciąga, gryzący dym wpuszczając do płuc. Karminu wina nie ubywa, podobnie jak barmanowi nie brakuje słów. Mówi, mówi, mówi, a Zahir może to jedynie uprzejmie ignorować, wzrok zawieszając ponad chłopięcym ramieniem. Odrywa go dopiero na ledwie moment, gdy zaaferowany młodzieniec zaczyna opowiadać o torturach, krótkie zerknięcie na własne paznokcie, zadbane, czyste, obecne nim powróci do spozierania w przestrzeń. Nie obchodzą go teorie, wie, że nie złapali nikogo. Wie, bo w swojej ptasiej manierze puszenia się, policja jako pierwsza obnosiłaby się ze swoimi sukcesami. Zbrodnie nabrały charakteru medialnego, gorąco komentowane na platformach takich jak youtube, instagram, czy ten pożal się bóstwom wszelakim tiktok. To byłby wyścig z czasem, która struktura ochrony obwieściłaby, że mają podejrzanego. Pozwala więc sobie na absolutne znudzenie, nie przepadał za filmami, nie interesowała go ani fabuła, ani tym bardziej tytuł.

A potem następuje cisza, którą poprzedza trzask. I Zahir drga, uwagę przenosząc na swoją dłoń, to tam od zewnętrznej strony nadgarstka wbija się niewielki odłamek szkła. Niespiesznie wyciąga go, obracając czerwony odłamek w świetle padającym znad przydymionego żyrandolu, nim przyciągnie do siebie rękę. Na beznamiętnej twarzy nadal nie odbijają się emocje, choć powinien odczuć zadowolenie, że zawczasu podwinął rękawy, dzięki czemu karmazynowa strużka nie zaplami materiału koszuli. Nie zwlekając, językiem zlizuje płynące krople, nim przyssie się do niewielkiej rany, wzrok unosząc, dopiero kiedy odczuje na sobie czyjeś spojrzenie. Czerń oczu styka się z tym o odcieniu whiskey, jedno uderzenie serca, dwa, trzy. Dopiero pisk, bo krzykiem tego nie można nazwać przerywa ich chwilową unię. I Nayyar wzdycha, cicho.

- Nie wyciągaj szkła - mówi do chłopca, chociaż nadal patrzy na Volkera. Nachyla się w jego stronę i bez pytania, bez potrzeby zachowania przestrzeni osobistej, którą Ackermann i tak naruszał swoją wcześniejszą próbą dostania się do popielniczki, opuszkiem palca wskazującego sięga brody jasnowłosego mężczyzny, unosi delikatnie i przesuwa tak, by mógł mieć pełen widok na krwawą kreskę na jego policzku - Będziesz potrzebował szwów - dodaje spokojnie, zerkając na dzieciaka, do którego podbiegła druga barmanka z paniką wypisaną na twarzy. Odsuwa się od agenta, z niewielkiej kieszonki znajdującej sie na czarnej koszuli wyciąga materiałową, granatową chustkę, którą podaje Volke - A ty - tym razem swoje słowa kieruje do gówniary - Zawołaj swojego managera.

Nie czeka długo, żadko kiedy to robi w podobnych sytuacjach, gdzie nawet w dobie kryzysu jego postawa świadczy o tym, że jemu się nie odmawia. Manager pojawia się więc szybko, nieco szczurowaty mężczyzna, który choć raz nie wygląda tak, jakby jaranie zielska było jego życiową pasją. Odchodzą na stronę, Zahir dopalający niewzruszenie papierosa oraz facet, który wije się przed nim jakby miał przed sobą członka Brytyjskiej rodziny królewskiej. Z ust dziennikarza nie pada wiele zdań, są one jednak wystarczające, aby móc zarysować obraz sytuacji, niekompetencję oraz rozczarowanie. Ranny dzieciak zostaje zabrany na zaplecze, kiedy w końcu wraca na swoje miejsce.

- Nie będziesz płacić za swoje drinki - oznajmia cicho, gasząc niedopałek w popielniczce, skupiony jedynie na tym. Nie mówi, że nie musi płacić. Że nie ma takiej potrzeby, jeśli nie zechce. Nie będzie płacić. Jak rozkaz, polecenie, fakt dokonany. Zahir nie siada, zamiast tego rozwija rękawy, wyraźnie szykując się do wyjścia. Nie zamierza dopijać wina, gdzie dostało się kilka odprysków szkła.

Volker Ackermann
love is in the air
50 lat 182 cm agent fbi
Awatar użytkownika

I know, I know, I know this situation's strange. It takes a little getting, a little getting used to. Love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me, love me more than you possibly can.

something about me
by dc: depresjanagrubym

poniższy tekst może zawierać: krew, morderstwo, śmierć dziecka

Ciężar odbezpieczonej broni w ręce. Krew gotująca się w głowie, ale także: krew na piersi (nie jego, cudza, krew w różnych odcieniach, gęsta, niemalże czarna; świeża, błyszcząca w świetle ulicznej lampy neonowym różem), krew na policzku (zaledwie draśnięcie, po którym zostanie maleńka blizna, bliźniacza do tej, którą w zaciszu barowej sali zrodzi Przypadek), krew na chodniku — i otwarta rana na skroni ośmioletniej dziewczynki, córki senatora (to t a j e m n i c a, nikt jeszcze o tym nie wie, przecież ten sam senator ma już dzieci z inną kobietą), kula zagubiona w nie do końca rozwiniętym mózgu, skrzep barwiący bruk najpiękniejszym odcieniem czerwieni.

Strzelił wtedy raz — odruchowo, w ramię, które trzymało broń skierowaną w jego stronę. Strzelił drugi — bez rozkazu, wbrew treningowi, wiedziony jakimś dziwnym żalem za utratą dziecka, o którym gazety napiszą tylko, że odeszło. Strzelił po raz trzeci — w sam środek czoła, kilka centymetrów ponad zielonymi, pełnymi szczerego zdziwienia oczami.

Powiedzieli mu potem, że to nie była sprawiedliwość, tylko EGZEKUCJA. Mężczyzna upuścił broń po pierwszym strzale, padł na kolana po drugim. Zawiesili go na trzy miesiące, a on każdy z dziewięćdziesięciu dwóch dni spędził na bezskutecznych próbach wyrzucenia z pamięci martwego dziecka.

Był wtedy młody. Może wciąż zbyt rozemocjonowany, zbyt wrażliwy, zbyt miękki. Nigdy później nie przypisano go do sprawy dotyczącej małoletnich. Na dorosłe ciała patrzy się przecież inaczej.

„No, ten to już trochę pożył”. Sześćdziesięciolatek pozbawiony genitaliów, porzucony w jeziorze na obrzeżach Nowego Jorku.

„Kurwa, to i tak cud, że doczołgała się do drogi”. Znaleziona na środku pasa szybkiego ruchu trzydziestolatka z podciętym gardłem i takimi ilościami narkotyków w organizmie, że chemicy żartobliwie zaczęli układać z próbek tablicę Mendelejewa.

„Stary, to trochę przypomina Tetrisa”. Masowy grób wykopany na jednej z pozornie dzikich plaż. Dwadzieścia siedem ciał w kawałkach, ale tylko czternaście głów. Reszty nigdy nie znaleziono, rodziny pochowały w trumnach same szczątki.

Volker nie potrafi wskazać konkretnego momentu, w którym zaczął żyć swoją pracą. Czy stało się to w t e d y, podczas przymusowego urlopu, który miał mu umożliwić poukładanie myśli? Czy może dopiero później, kiedy częściej, niż za gazetę, chwytał za kopie dokumentów, zdjęć, zeznań, by umilić sobie wieczór z kieliszkiem wina?

Nieistotne.

Ważne, że nadeszła taka chwila, w której przestał już być czymkolwiek innym. Na całe jego jestestwo składają się legitymacja, odznaka, broń, służbowy samochód zaparkowany pod domem. I setki, t y s i ą c e ofiar, z którymi splótł własne życie.

I czasem — nagle, zupełnie niespodziewanie — coś zmienia porządek wszechświata. Ziemia na chwilę zwalnia obrót, słońce płonie jaśniej, księżyc znika za horyzontem, zostawiając po sobie obcą pustkę. To tylko jedno spojrzenie wymienione w męskim klubie, jeden uśmiech znad kufla po brzegi wypełnionego piwem. Wspólnie wypalony za rogiem papieros, pocałunek złożony w kąciku ust. Podróż tanią taksówką do maleńkiej kawalerki na Brooklynie.

Albo

palec
unoszący brodę
i czarne spojrzenie — tak gorące, że aż liże skórę ognistymi językami.

To w y s t a r c z y, żeby Volker wpadł w sidła własnych, nieumiejętnie skrywanych pragnień. Tęsknoty za ciepłem nie miękkiego i bezpiecznego, lecz twardego, zakończonego ostrymi krawędziami ciała. Za szorstkością porośniętej krótkimi włosami brody ocierającej się o brzeg szyi.

Poświęca kilka sekund na przyjrzenie się Zahirowi z tej perspektywy i uderza go świadomość niesamowitego podobieństwa do mężczyzny, u którego boku spędza niektóre wieczory. Tylko że w nieznajomym jest coś… coś, czego Volker nie potrafi jeszcze nazwać, ale jego żołądek wykręca się na drugą stronę, po plecach przebiega dreszcz (strachu, ekscytacji, podniecenia), a ręce niemalże odruchowo, bez wiedzy umysłu, sięgają po przewieszony przez oparcie płaszcz.

Chce iść z nim.

Nie, to nie tak.

Pójdzie z nim.

Jeśli tylko odnajdzie w jego twarzy niemą z g o d ę albo ROZKAZ, do których przecież jest już przyzwyczajony, albo chociaż sugestię, że ten dotyk, ta nagła czułość, tak niepasująca do surowej rzeczywistości, była czymś więcej niż niewinną ciekawością.

Gubi się w tym ciemnym spojrzeniu, w elegancji ruchów, w bijącym od Zahira spokoju. WIDZI GO, tak jak widzi całość pomieszczenia, ale bar, pracownicy, inni goście, twarz dziennikarki programu wieczornego, krew zaschnięta na policzku — to tylko tło dla krótkiego, jednoosobowego występu, którego sensu Volker jeszcze nie dostrzega, a któremu poświęca całą uwagę.

Nie zastanawia się, jak to jest być nim: z tymi podwiniętymi rękawami, doskonale dobieranymi słowami, dżentelmeńską manierą gaszenia papierosa w odpowiedniej chwili, zanim ogarek zacznie palić palce.

Chciałby wiedzieć, jak to jest być z nim. Jak to jest czuć na sobie wzrok tych czarnych oczu z dala od świadków. Jak to jest poddać się dotykowi tych gładkich, smukłych dłoni poza granicami ubrań. Jak to jest słyszeć jego głos tuż przy uchu, zaledwie kilka centymetrów od policzka rozciętego szklanym odpryskiem. Kieruje spojrzenie na jego usta.

— Nie będę — podłapuje, wcale się z tym stwierdzeniem nie kłócąc. — A przynajmniej nie tutaj. — Miękki materiał ciemnej chusteczki powoli nasącza się świeżą krwią. Volker znów przesuwa jej brzegiem po kości policzkowej. — Mogę postawić ci drinka… gdzieś indziej?


Zahir Nayyar

into the unknown
43 lata 189 cm dziennikarz śledczy, zwycięzca Pulitzera
Awatar użytkownika

hand in unlovable hand.

something about me
by dc: loons_toons

poniższy tekst może zawierać: opis zwłok, eye fucking część II

Miłości, jak mocno gubi się bez twego czułego spojrzenia, wąskich ramion wyciągniętych ku niemu niemal błagalnie, proszących niemo o protekcję, o uścisk ciała nienawykłego do łagodnych gestów. Jednak dla ciebie, ach, dla ciebie droga miłości przekraczał każdą barierę, każdy mur przezeń wzniesiony, byleby tylko na słodyczy twych warg zagościł uśmiech. U stóp twoich składał wszelakie dary, wyrywając z twojego gardła dziewczęcy chichot, wierzch dłoni zdobił pocałunkami po kolejnych powrotach, wdzięczny za każdy strzęp drogocennej uwagi. Miłości, byłaś światłem, do którego ciągnął ślepo niby ćma; przystanią, gdzie mógł zatrzymać się, chociaż na chwilę, przymknąć zmęczone powieki, odpocząć od tej pogoni za twoim marzeniem. Teraz jednak niedane jest mu zaznać spokoju, ukojenia. Z ziejącą pustką pustoszącą wnętrze, z obowiązkami o twarzach tak bliskich tobie, nie doświadczy więcej ulgi. Nie ułoży głowy na twym łonie, nie opuści gardy. Bez ciebie bowiem tonie i tylko resztki powinności zmuszają go do rozpaczliwego unoszenia się na powierzchni.

Kiedy po raz pierwszy składa ofiarę Yamie - już nie tobie, nigdy nie tobie, bo ciebie już nie ma - czyni to w bólu. Tym oślepiającym, paraliżującym kończyny, choć te wciąż wydają się poruszać normalnie, niemal mechanicznie, bez większego udziału świadomości, a mimo to bezbłędnie. Nie popełnia błędu, ponieważ nadal tutaj jest. Wolny, a mimo to wciąż zakuty w kajdany lojalności noszącej twoje imię. Nie ma serca. Ani pierwszy dar, ani kolejne za nim. Serca zostają skrupulatnie usunięte. Zastępują je kwiaty, zwykłe, pospolite, takie, które można dostać wszędzie. Wypełniają otwartą klatkę piersiową, rozcięte płuca, wyrastają z szeroko otwartych ust połamanej szczęki pozbawionej zębów. Bóg śmierci początkową daninę napotyka ułożoną na plecach, z rozłożonymi dłońmi o przypalonych opuszkach palców. Gdyby nie zamglone bielmem oczy, gdyby nie kwietne zdobienia, pogłębiający się rozkład, tak można pokusić się o stwierdzenie, iż dziewczę śpi w swej makabrycznej pozie. Odkrywają ją wiele tygodni później, nim dotrą wyniki DNA, gazety zdążą ochrzcić ją Ofelią. Znaczenia kwiatów nikt nie pojmuje, może to dobrze, może nikt nie uświadomi sobie, iż inspiracją jest dla nich choroba, która nie istnieje. Ta, która od nagromadzonej miłości kwitnie kwieciem, stopniowo odbierając oddech temu, kto nań zapadł. Jak bardzo jest to żałosne? Pokochać symbolikę czegoś, co nie miało miejsca w świecie nauki? I błądzi, oczekując odpowiedzi od kogoś, kogo więcej nie usłyszy już nigdy.

Jak dziwnym więc jest moment, w którym odzyskuje równowagę, klarowność niezmiennie surowych myśli. Czy ma na to wpływ cel, snute plany oscylujące wobec męskiej postaci, czy może ciemniejące spojrzenie zdobione pragnieniem ślizgające się po twarzy dziennikarza? A może to cień, nieśmiałe chce, chce, chce przemykające wzdłuż ostrych rysów, krótkie, niemal nieistniejące, zbyt nieśmiałe, aby mogło zagościć na dłużej? Powinien czuć obrzydzenie, milczącą kpinę dla człowieczej prostoty, wręcz głupoty prezentowanej przez agenta, dotąd noszącego miano złodzieja. Żadne wzdrygnięcie nie pojawia się jednak, kiedy naciąga na siebie płaszcz, ani wtedy kiedy sięga do portfela wyciągając pięćdziesiąt dolarów, które zwinięte wrzuci do słoika na napiwki, ponieważ system płacowy Ameryki jest zwyczajnie chory. Zamiast tego jest chwilowy zastój, sylwetka zamiera, czerń oczu sięga na nowo wpatrzonych weń tęczówek. Zastój i propozycja, nad którą nie powinien się zastanawiać. Nie myśleć przez ledwie sekundę o jasnych, dużych szorstkich dłoniach na ciemniejszej skórze, o rozchylonych wargach, niemających w sobie nic ze znajomej miękkości.

- Nie - odpowiada krótko, bo wie, że jeśli się zgodzi, jeśli teraz opuści u jego boku lokal, tak Volker nie ujrzy więcej światła dziennego. I byłoby to dla niego zbyt dobre, zbyt łaskawe, zbyt proste. Zahir pochyla się nad nim, zerka mimochodem na niemal niewidoczne brwi, siatkę zmarszczek w okolicach oczu, niedostrzegalną dla niewprawnego oka próbę odsunięcia się na tak jawne odrzucenie. Wzrok zatrzymuje dłużej niż wypada na jego ustach - Nie dziś - dodaje, spokojnie, niespiesznie, jakby w kilku słowach próbował przekazać niemądremu psu, że powinien być bardziej cierpliwy. Zabiera papierośnicę, która wciąż spoczywała obok Ackermanna, tym samym opuszczając przestrzeń osobistą agenta federalnego - Udanego wieczoru - tylko tyle i aż tyle służy za pożegnanie. Odwraca się na pięcie, z tą samą powolną manierą wychodzi z baru podobnie jak wszedł, w ciszy, w plątaninie własnych myśli. Nie odwraca się, chociaż ma wrażenie, że jego plecy wręcz płoną od intensywności spojrzenia. Nie odwraca się, choć wnętrzności wiją się w nim raz jeszcze, udręczone ponowną tęsknotą za organem wciąż dla niego niedostępnym. Zimowy oddech przynosi orzeźwienie, opadające płatki śniegu układają się w cichutkie Priya, Priya, Priya, gdy znika w odmętach nocy.


KONIEC
love is in the air
ODPOWIEDZ