Wypisali go ze szpitala po paru dniach, mimo, że obiecywali zrobić to na następny dzień. Jemu wszystko było jedno, kiedy go wywalą, bo nie miał gdzie wracać. A tak, przynajmniej zrobili mu wiele najróżniejszych badań by upewnić się, że wszystko było okej - i było. Mógłby im to powiedzieć zanim go przyjęli na oddział, ale niestety, nikt nie brał słów narzekającego na ból i mdłości przyszłego pacjenta. Szok. Oprócz zewnętrznych zadrapań i lekkiego wstrząśnienia mózgu nic więcej mu nie dolegało… no, może jeszcze złamane serce, ale na tego nie było żadnego lekarstwa, tylko czas.
Nie chciał wracać do domu, dlatego zadzwonił z prośbą do swojego brata, z którym może nie był jakoś wyjątkowo blisko, ale zawsze mógł na niego liczyć. Tak jak teraz. W swoich starych ciuchach w których był przyjęty, wziął taksówkę do jego domu, na razie nie mając na tyle siły i zebrać się na odwagę, by stawić czoła swojej byłej dziewczynie. Niby obiecał, że przyjdzie po swoje rzeczy jak tylko go wypiszą, ale teraz potrzebował chwili odpoczynku. Relaksu. O ile mógł się zrelaksować w obcym domu. W domu, w którym był zaledwie parę razy - nawet nie pamiętał teraz, gdzie dokładnie była toaleta, ani nawet to, ile cali miał jego telewizor. A były to bardzo ważne rzeczy tak naprawdę.
Po drodze kupił zgrzewkę zimnego piwa, żeby nie przychodzić z pustymi rękoma i zjawił się pod domem brata, od razu zmierzając do drzwi. Zapukał kilka głośnych razy, by oznajmić swoje przybycie i nie czekając na to, aż mu otworzy, wszedł do środka.
- Hej, dzięki, że mnie przenocujesz. Nie chce Ci się tak zrzucać na łeb, szczególnie w Twoim stanie, dlatego obiecuję, że jutro znajdę sobie inne miejsce do spania. Albo może uda mi się ogarnąć jakieś mieszkanie, widziałem już parę fajnych na Brooklinie, niedaleko remizy i jestem umówiony na oglądanie - powiedział wyciągając jedną butelkę i otwierając ją otwieraczem. Podał piwo bratu, teraz mając czas, żeby zlustrować go całego wzrokiem - Jak się czujesz? - nie wyglądał najlepiej. Właściwie cała ta akcja nie wyglądała dobrze, przecież widział co się stało i pomagał później wydostać go spod gruzu. Tom zdawał się być skupiony tylko i wyłącznie na swoich problemach, a widząc brata w tym stanie, spadła na niego lawina wspomnień z tej tragedii.
Pamiętał, jak się bał o jego życie. Pamiętał, jak odgrzebywał go, jak sprawdzał, czy żyje, błagając Boga, jeśli jakikolwiek istniał, żeby wziął jego zamiast Billego. Nawet jeśli taka wymiana była niemożliwa.
A potem zapomniał.
Może nie tyle, co nie obchodził go stan brata, co to, że jego problemy z Margo zaczynały się piętrzyć i zajmować całą jego głowę, stanowiły wszystko, o czym potrafił myśleć. Oczywiście pytał się Billego, czy wszystko było okej i czegoś nie potrzebuje, ale nawet, do tej pory, nawet nie przyjechał sprawdzić tego na własną rękę - uznając, że skoro mówi, że jest ok, to tak było i tyle. Tom poczuł ogromne wyrzuty sumienia, kiedy siadał niedaleko brata na kanapie, otwierając swoje piwo, które od razu szybko przechylił do ust. Spragniony. Potrzebujący rozluźnienia. Butelka cofała go parę miesięcy wstecz, kiedy Bazyl zginął. Tak samo siedzieli na kanapie, zapijając się, właściwie nie mówiąc nic. Czy potrafili odnaleźć siebie nawzajem tylko w kryzysowych sytuacjach?




