Skóra piekła ją w dole pleców, gdzie swoją dłoń łagodnie trzymał jej ojciec, prowadząc ją przez drzwi na salę, w której odbywał się bankiet. Nie miała dzisiaj szans. Ojciec nie chciał słyszeć, że wolała zostać w domu, zamknięta bezpiecznie w czterech ścianach; i tutaj doszukiwał się ewentualnego niebezpieczeństwa, możliwych włamań, ataków, czegokolwiek, panikując chyba bardziej nawet niż sama Haley. Tutaj podobno miała być bezpieczniejsza – otoczona ludźmi i ochroniarzami, których mogło być tutaj więcej nawet niż samych gości. Niczego innego nie mogła się jednak spodziewać po spotkaniach politycznej śmietanki, już szczególnie w obliczu ostatnich ataków. Widziała pełne politowania, współczujące spojrzenia rzucane w jej kierunku i po raz kolejny czuła się jak kampanijna maskotka, nie ktoś, kto miał prawo do własnych uczuć i przeżywania całego tego małego piekła w sposób, który to j e j miał przynieść jakiekolwiek ukojenie.
Nie pomagał fakt, że nie było z nią Diane. Ojciec dał jej wolne na wieczór, przekonany, że pośród reszty ochroniarzy będzie zbyteczna; Haley próbowała walczyć i stawiać na swoim, ale nie miała żadnych szans. Pozbawiona została jedynej osoby, która w całym tym zamieszaniu rzeczywiście przejęła się samą Haley – nie kampanią, nie bonusem do wypłaty, niczym innym, tylko nią samą. To ona pomogła jej pozbierać się po tamtej feralnej nocy i była przy niej od tamtej pory, cierpliwie czekając, aż w końcu zdecyduje się ponownie wyściubić nos ze swoich czterech ścian; to ona odbierała jedzenie zamawiane na wynos i bez słowa oglądała najgłupsze z możliwych filmów, które powodowały u Haley uśmiech. Było jej niesamowicie wstyd, że gdy ojciec po raz pierwszy powiedział jej o ochronie, aż tak bardzo próbowała poruszyć niebo i ziemię, by plan ten nie wszedł w życie.
Dość niepewnie stawiała kroki, wciąż nieprzekonana do swojej obecności tutaj. Ze spuszczoną głową przemierzała salę, upewniając się, że ojciec zawsze był w zasięgu jej wzroku. Wolała uniknąć paniki, która przyszłaby na pewno, gdyby znalazła się w tłumie bez jasnej ścieżki kierującej do wyjścia.
— Wszyscy zawsze tak spijają sobie tutaj z dziubków? — zapytała Bena, którego zastała przy stoliku z przystawkami. Intrygowała ją rozpiętość politycznych poglądów wśród gości i to, z jaką łatwością niektórzy dogadywali się ze swoimi przeciwnikami. Może nie byli aż tak różni, jak sądziła publika? Haley trochę nie potrafiła wyobrazić sobie sytuacji, w której musiałaby grzecznie uśmiechać się do osób, które aktywnie blokowałyby jej projekty czy ustawy. Może zwyczajnie nie nadawała się do polityki. — Gratuluję nowej posady — dodała jeszcze, szczerze się do niego uśmiechając. Nie od wczoraj zasiadał wprawdzie w Izbie Reprezentantów, ale Haley nie miała do tej pory szansy pogratulować mu twarzą w twarz. Ostatni raz widziała go jeszcze zanim wyjechała na studia, gdy Whiteford był jeszcze na stażu w kancelarii. Miło było jednak widzieć dobrych ludzi na stanowiskach, które mogą prowadzić do dobrych zmian, a Bena o żadne złośliwe zamiary nie podejrzewała.
ben whiteford



