ODPOWIEDZ
35 lat 177 cm adwokat
Awatar użytkownika

rozwodnik, hazardzista, fatalny ojciec.

something about me
by new yorker

1.

Od rana miał urwanie głowy związanych z pozamykaniem zakończonych już spraw, a spotkaniami z nowymi, potencjalnymi klientami, potrzebującymi porady, a może nawet pomocy prawej, jeśli już się na niego zdecydują. Ostatnimi czasy cieszył się nawet, że istnieje coś takiego jak sekretarki, bo nigdy nie pamiętał o zapisywaniu wszystkich terminów spotkań.
To był ostatni klient na dziś. Nie przyjmuję nikogo z ulicy. Jeśli ktoś potrzebuje pomocy, niech umówi się na któryś z wolnych terminów — poinformował swoje sekretarki, kiedy na chwilę wyłonił się z biura. Mógł sobie na to pozwolić, gdyż miał już osiągniętą renomę i nie musiał przyjmować pierwszego, lepszego nowojorczyka, by zarobić kasę. Zaszył się w swoim gabinecie, odpalając aplikację kasyna — online. Jego uzależnienie osiągnęło apogeum. Wcześniej nie grał w miejscu pracy, teraz jednak chwilowo miał dobrą passę i udało mu się nawet zarobić tysiąc dolców. Nie jest to duża suma, ale też nie mała, zważywszy na kogoś, kto ma ograniczone środki. Zanim się zorientował, minęła nawet pora lunchu i koniec pracy. Spakował akta klienta, by zapoznać się z nimi w domu, w wolnej chwili, bo teraz miał ważniejsze rzeczy do roboty.
Musi odebrać Prisi od Bailey, bo znowu wypadała jego kolej opieki nad córką. Nie, żeby miał z tym jakiś problem, po prostu wiedział, że nie nadaje się na ojca. Nie ogarniał tych wszystkich kaszek, zupek, obiadków, cud, że potrafił prawidłowo założyć pampersa, aczkolwiek i tak dość długo męczył się za pierwszym razem. Wyjechał z podziemnego parkingu i ruszył w kierunku Queens, od którego dzieliła go godzina jazdy, zwłaszcza w godzinach szczytu, gdzie większość ludzi wracała o tej porze do swoich domów. Umówili się, że odbierze ją zaraz po pracy z placu zabaw, na którym miały być. Poluzował krawat i włączył klimatyzację na maksimum, bowiem lato dało wyjątkowo w kość. Dojechał na miejsce w godzinę i piętnaście minut, oczywiście spóźniony jak zawsze. Zdecydował się, że marynarkę zostawi jednak w samochodzie.
Od razu je zauważył. Prisi huśtała się, głośno się śmiejąc. Patrząc na swoje dziecko, czuł jak ciepło rozlewa się wokół jego serca zastanawiając się, jak taki ktoś jak on, fatalny mąż, mógł stworzyć takie cudo. Ocknął się z zadumy i podszedł do nich.
Przepraszam, korki — odparł krótko, stając obok Bailey. — Cześć, słoneczko. Gotowa na przygodę z tatusiem? — zwrócił się do córeczki, która zareagowała uśmiechem na jego widok i dał jej buziaka w czoło. Nie potrafił okazywać uczuć takiemu maleństwu, nie znał się na rodzicielstwie i wiedział, że musi się nauczyć. — Wszystko u was w porządku? — Tak wiele pytań nasuwających się do ust, powstrzymywane siłą woli. Zawsze ograniczał się do zwykłych, nic niewnoszących rozmów, głównie o Prisi, bo zwyczajnie bał się tego, jaką odpowiedź otrzyma, a tego nie zniesie. Nie zniósłby kolejnego ciosu od przekornego losu.


Bailey Monroe

money is the anthem of success
33 lata 165 cm weterynarz
Awatar użytkownika

If I could save time in a bottle the first thing that I'd like to do is to save every day till eternity passes away, just to spend them with you.

something about me
by millie

Leniwie przewróciła się na drugi bok, przymykając powieki w nadziei, że dane jej będzie jeszcze chwilę pospać. Odgarnęła od siebie tę myśl, gdy poczuła jak uścisk małych palców zacieśnia się na jej palcu wskazującym. Ciężko wypuściła powietrze, czując ciężar w klatce piersiowej, na której właśnie leżała. Macierzyństwo było jednym z lepszych doświadczeń w jej życiu, choć były momenty, w których pragnęła wrócić do beztroskich poranków. Przespane noce, leniwe wstawanie i długie kąpiele w wannie zwieńczone wartościowym śniadaniem, na którego przygotowanie miała czas. Obecnie - o ile jej brat mógł poświęcić chwilę o poranku na opiekę nad Prisi - Bailey mogła wziąć pięciominutowy prysznic, jeszcze krócej umyć zęby i na szybko związać włosy, ponieważ chodzenie w rozpuszczonych, zawsze źle się kończyło. Śniadania były porażką. Kawa była porażką. Jej życie było aktualną porażką.
Odwróciła się przodem do córki i widząc, że ta już otworzyła oczy, posłała jej ciepły uśmiech.
- Dzisiaj jego kolej? - młody mężczyzna odburknął pod nosem, jednocześnie mieszając jajecznicę na patelni.
- No tak. Jak to w każdy poniedziałek. I czwartek - odpowiedziała z nie większym entuzjazmem, wycierając twarz Priscilli z musu warzywnego.
- Myślałem, że wezmę ją dzisiaj na spacer. Mówiłaś, że chciałaś iść do fryzjera więc chciałem zająć się nią przez cały dzień - wyjaśnił powód niezadowolenia, zupełnie jakby nie chodziło o samego Petera. Bailey spojrzała na brata i zacisnęła wargi w cienką linię. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jej bratu nie chodzi tylko o to, by mogła zrobić coś dla siebie - on nienawidził Petera. I wcale mu się nie dziwiła. Lata temu jej mąż był nie tylko autorytetem dla młodego Monroe, a także przyjacielem i oparciem w trudnych chwilach w szkole średniej. Ich rozwód, ich kłótnie, jego zmiana… miało to wpływ na życie całej rodziny.
Kobieta smutno spuściła wzrok na talerz, który wylądował pod jej nosem. Zerknęła na śniadanie i dzięki temu, że jej brat włączył w telewizorze ulubioną bajkę swojej siostrzenicy, mogła spokojnie zjeść i odpłynąć myślami do wyobrażeń, jakby to było, gdyby jej życie potoczyło się inaczej.
Powietrze wypełniał gwarki śmiech dzieci i nieco cichsze rozmowy ich rodziców. Ciemnowłosa posadziła dziecko na huśtawce - koniecznie tej w odcieniach różowego - i zaczęła ją huśtać, posyłając jej uśmiechy i śmiejąc się razem z nią. Pogoda wciąż rozpieszczała mieszkańców Nowego Jorku, więc dziewczynka była ubrana adekwatnie do pogody, a na głowie miała kolorowy kapelusz, który Bailey pozwoliła jej wybrać sama. Gdy tak na nią spoglądała, kobieta śmiało przyznawała w myślach, że jej dziecko należało do tych najpiękniejszych. Choć pewnie każdy rodzic myślał w taki sposób o swoich pociechach.
Z zamyślenia wyrwał ją jego głos i ożywienie Prisi - dziecko zaczęło uderzać rączkami w barierkę huśtawki i gaworzyć w stronę ojca. Bailey odsunęła się, pozwalając, by Peter przywitał się z córką. Wiodła wzrokiem za każdym jego ruchem - gdy jego wargi zetknęły się z czołem dziecka, Bai poczuła ukucie w brzuchu i przez myśl przemknęło jej pragnienie, by poczuć to samo.
- Cześć - wydukała z siebie i musiała odchrząknąć bo ścisnęło ją w gardle. Zerknęła na torbę, która leżała na ziemi i w której był cały zestaw przetrwania na pobyt Prisi u Petera. - Tak, u nas jest wszystko okej - odpowiedziała na jego pytanie nieobecnym tonem, wodząc wzrokiem po otoczeniu byle tylko nie musieć patrzeć na niego. Każde ich spotkanie było niezręczne, sztywne i stresowało ją jak ich pierwsza rozmowa na szkolnym korytarzu. Znowu miała szesnaście lat. Tylko teraz była jego byłą żona i matką jego dziecka, które wychowywali osobno.
- A co u Ciebie? - zapytała po chwili ciszy, poniekąd z grzeczności, poniekąd z ciekawości. Och, jakże chciałaby dowiedzieć się wszystkiego. Czy kogoś miał? Czy wciąż pracował w tamtej kancelarii? Czy wciąż większość swojego majątku trwonił na gry w kasynie?

Peter Stanford
ohana means family
ODPOWIEDZ