hope you don't see me blush, but i can't help but want you more
baby, tell me what’s your story?
Z pewnością nie była to najprzyjemniejsza z myśli, ale łapała się na niej zatrważająco często - nie tak przecież miało wyglądać jej życie. Nie skarżyła się nigdy i nie narzekała, taka już byłą, tylko gdzieś tam głęboko w środku pojawiało się to coś szepczące nieznośnie, jak to wszystko mogło być inaczej. Z drugiej jednak strony - czego ona właściwie oczekiwała? I kogo chciała oszukać? Nigdy nie miała na siebie żadnego planu. Jakiekolwiek marzenia czy snucie sennych wizji musiały poczekać, bo zawsze do roboty było coś innego. Rodzeństwo do zaopiekowania, dom do opanowania, zakupy do zrobienia, szkoła, problemy ojca. Torrance od kiedy tylko pamiętała żyła życiem kogoś innego, zupełnie jak jakaś statystka, przy dobrych wiatrach i naprawdę sprzyjającej koniunkturze, może ewentualnie aktorka drugiego planu.
Mimo wszystko teraz znajdowała się w takim położeniu, którego nie zmieniłaby na żadne inne, nawet pomimo wszelkich trudności. Każdy na jej miejscu by to przyznał - nikt w końcu nie pisze się dobrowolnie na to, by wychowywać niepełnosprawne dziecko. Autyzm jej córeczki pozwalał co prawda przez większość czasu funkcjonować jej, czy im z Carlosem - jako dziwacznej, połatanej rodzinie - względnie akceptowanie, ale zdarzały się takie epizody jak ten, kiedy nawet zupełnie zwyczajna wyprawa do sklepu stawała się prawie misją wojenną. Clem bowiem nie współpracowała za grosz. Od kilku dni wycofana i mocniej zamknięta, jeszcze bardziej ograniczyła i tak swoją słabiutko rozwiniętą mowę, ograniczając się do całej palety wrzasków i pisków. Ubranie czegokolwiek graniczyło z cudem, zjedzenie czegokolwiek graniczyło z cudem, wyjście gdziekolwiek graniczyło z cudem. Wszystko wymagało opracowanych już przez cztery lata dziewczynki sposobów, jak i nieludzkich pokładów cierpliwości.
Torrance miała jedynie odebrać swoje wyniki od lekarza. Miała na to tylko ten jeden dzień jutro musiała dostarczyć je przecież do pracy, Clementine jednak uparcie brnęła w twierdzenie, że nie wie czym jest praca (tak zakładała sama Tori) i że zapewne można żyć samym powietrzem (co dziewczynka próbowała testować już trzeci dzień) i stwierdziła, że nic z tego, najpierw mamo pójdziemy do sklepu.
I tak oto stały w pobliskim małym markecie, bo Clem wymyśliła sobie... no właśnie, tak właściwie co? Soczek nie, chrupki nie, zabawka nie, woda nie. Stały właśnie przy regale że słodyczami (Tori nie była szczególnie z siebie dumna), i Atwood już zaczynała tracić nadzieję na to, że wyjdą stąd rychło. Już miałam przechodzić do następnego regału, obracając się cały czas za plecy, obserwując nieletnią, pochłoniętą eksplorowaniem tekstury paczki ciasteczek.
Tak była tym pochłonięta - oczywiście Tori obserwacje, choć Clem w swoich staraniach zupełnie nie odstawała poziomem - że po prostu na kogoś wpadła. To musiało się tak skończyć..
— Przepr... — zaczęła, obracając się w stronę potrąconego przez siebie człowieka. No tego jej jeszcze tylko brakowało, tytułu miss gracji. Uniosła wzrok by ocenić reakcję swojego aktualnego towarzysza - bądź towarzyszki - a wtedy uśmiechnęła się delikatnie. Jakoś tak łatwiej, kiedy wpada się na kogoś znajomego. — ...szam, ale nie skłamię jeśli powiem, że po prostu nie spodziewałam się cię tu spotkać — pozwoliła sobie od razu formułować wszystko na ty, skracać dystans, choć nie robiła tego często. Doktor - tyle o tym człowieku w końcu wiedziała - zdążył sobie do tej pory zaskarbić sympatię Clem, pomagając jej opanować typowy atak histerii, jaki zwykle towarzyszy wejściu do jakiejkolwiek placówki medycznej. Nie mógł mieć jej więc tego za złe, prawda?
_____
fox anderson





