36 lat 188 cm Producent, tekściarz, zawodowy pokerzysta
Awatar użytkownika

This trembling heart callin' you now
Zero zero lucky bang
My suit is black, my suit is fresh
Open my pack, let me show you how I bang
If you did All in, you win the game
As soon as you work, the sales are already in a race

something about me
by Kazune

002
Outfit

Najpierw spotkali się zawodowo – raz, drugi, trzeci. Nic wielkiego, zwykła współpraca, a jednak coś w tym było. Zwykle nie miał cierpliwości do ludzi „na chwilę”, nie zapraszał nikogo, nie szukał bliżej, chyba że naprawdę był ciekawy i widział w tym potencjał. Tym razem jednak rozmowy o pracy i muzyce szły zaskakująco gładko, a wymiana myśli sprawiała, że zastanawiał się, jak ten facet wypada poza formalnym układem. Czy tak samo błyszczy, czy potrafi zagrać ciekawiej, gdy stawka nie jest jeszcze ustalona? Zaprosił go – tonem, którego nie znosił sprzeciwu. Nie dlatego, że lubił rozkazywać, tylko dlatego, że w jego świecie odmawianie mu rzadko wchodziło w grę. Wymienili numery, a jeszcze tego samego wieczoru Cecil wysłał mu termin i lokalizację. Café Carlyle. Jego miejsce. Bywał tam tak często, że stolik z dobrym widokiem na scenę i wystarczająco odosobniony od reszty rezerwował właściwie od ręki. Niby nie był mistrzem w takich układach, ale przynajmniej starał się zachować pozory – a u niego pozory często grały większą rolę niż fakty.
Dzień spotkania ciągnął się niemiłosiernie. Rano wpadł w wir pracy – skleił bit, który sam nie wiedział, komu "sprzeda", a może sam podbije nim rynek na swojej kolejnej płycie. Kusiło go, bo pierwsza poszła świetnie swoja własna platyna, ale nie miał głowy do tego dziś. Zjadł coś na szybko, wyprowadził psy, a potem długo wpatrywał się w garderobę. Dres, bluza, tanktop – jego klasyka – odpadały. Nie chciał przeszarżować, ale i nie miał w zwyczaju grać w „niewidzialnego”. W końcu wcisnął się w coś bardziej dopasowanego, prostego, ale ze smakiem.
Wyszedł wcześniej. Chciał przejść się dłuższą drogą, przewietrzyć myśli, odsunąć od siebie nerwową energię, którą zwykle trzymał pod cienką warstwą kontroli. Potrzebował wejść w tryb „uśmiechniętego Cecila” – tego, który potrafił bawić się rozmową, a nie przypadkiem strzelic ironicznym komentarzem jak kulę w skroń.
Dotarł. Fasada Carlyle błyszczała w miękkim świetle lamp, drzwi otworzył mu kelner, który znał go już z widzenia. Cecil wszedł pewnym krokiem – bez nonszalancji, ale i bez wahania. Kiedy prowadzono go do stolika, rzucił krótkie„dobry wieczór” obsludze, jakby był częścią tego miejsca
Siadł bokiem do sceny, przodem do wejścia – jego pokerowy nawyk. Kiedy kelner podszedł, nie musiał długo zastanawiać się nad zamówieniem.
Single malt, Glenlivet, czysty – rzucił tonem, jakby zamawiał kartę w kasynie, nie drinka. Szklanka pojawiła się szybko. Wziął pierwszy łyk i oparł się wygodnie w fotelu. Nie spieszył się. Potrafił czekać – w końcu całe jego życie było oparte na rozdaniach. Teraz też, zamiast niecierpliwie zerkać na zegarek, obserwował salę. Klientele. Przeplywy ludzi. Każdy miał swoją rolę, swój blef.
A On?
Czekał na tego, którego zaprosił do stolika.

Dante Rogers
money is the anthem of success
30 lat 175 cm instruktor, przedsiębiorca
Awatar użytkownika

'Cause it's the fear of the unknown
That cripples every step we take
And I just hate to put this on him
But I swear that I will give more than I take away

something about me
by makabra

17.
outfit bez maseczki

Spotykali się zawodowo, Dante starał się być profesjonalny. Kiedyś próbowałby nawiązać bliższy kontakt praktycznie od razu, ponieważ taką miał duszę. Jednak po ostatnich... Dość nieprzyjemnych doświadczeniach, zrobił się znacznie bardziej ostrożny. Mimo wszystko znaleźli wspólny język z Cecilem, a rozmowy nie były dla niego w żaden sposób obciążające. Czy to dziwne, że w takim razie zgodził się na spotkanie? Nie widział w tym nic złego, zwyczajne wyjście, pewnie mające na celu, aby poznać się nieco bliżej, wyjść poza ramy pracy. Nie tylko profesją żyje człowiek, nie spodziewał się, że to wywoła niesamowitą burzę w chłopaku, który wdarł się do jego serca całkiem niespodziewanie, kilka miesięcy temu. Jednak skupił się jedynie na spotkaniu, ponieważ kolejną sprawą, której się nie spodziewał, było tak szybkie podanie lokalizacji oraz wyznaczenie godziny.
Wpadł do domu po zajęciach, aby móc wziąć szybki prysznic, a potem przebrać się w coś, co nie jest typowym strojem do wykonywania choreografii w studio. Zdecydował się na coś bardziej eleganckiego, ale nie ze względu na to, że traktował to spotkanie, jak randkę. Jego serce... Jest już zajęte, chociaż nadal bał się otworzyć je całkiem na osobę, która weszła w posiadanie organu należącego do Dante. Pewnie niejeden czy niejedna plułaby, bądź plułby sobie w brodę, idąc na spotkanie z kimś takim, jak Choi i nie marząc o potencjalnej randce. Pewnie istnieje sporo osób na tej ziemi, które chciałyby móc z nim spędzić wieczór. Dante również tego chciał, ale nie na polu romantycznym, nie dopisywał sobie takich teorii w przeciwieństwie do studenta w jego mieszkaniu. Niesamowite, jak cholernie Rogers bywa niedomyślny.
Mógł strzelać ironicznymi komentarzami, Dante potrafił wiele znieść, ale także zwyczajnie sobie radzić z takimi rzeczami, obracać je w żart. Nie musiał nikogo udawać przy Rogersie, on także unikał zakładania maski, zbyt długo ją nosił, żeby ponownie dać jej się zniewolić. Pojawił się w lokalu punktualnie, witając się z obsługą uprzejmym skinieniem głowy, odszukał wzrokiem odpowiedni stolik, poszerzając uśmiech.
- Dobrze wyglądasz Cee. - zaczął komplementem, zajmując miejsce na przeciwko mężczyzny. Podszedł do nich kolejny raz kelner, a Dante zamówił dla siebie whiskey sour. To jedyna forma tego trunku, jaką tolerował. - Zacząłeś już beze mnie? - zaśmiał się jeszcze pod nosem, wskazując podbródkiem na szklankę na stoliku.

Cecil Choi
into the unknown
36 lat 188 cm Producent, tekściarz, zawodowy pokerzysta
Awatar użytkownika

This trembling heart callin' you now
Zero zero lucky bang
My suit is black, my suit is fresh
Open my pack, let me show you how I bang
If you did All in, you win the game
As soon as you work, the sales are already in a race

something about me
by Kazune

Czy Cecil widział to w kategoriach randki? Oczywiście, że nie. Nie miał na to ani czasu, ani ochoty. Nie ważne, jak uroczy byłby jego rozmówca – w tej sferze zdecydowanie nie był nim zainteresowany. Cecil nigdy nie grał w długie miłostki czy romantyczne maratony. Był człowiekiem z natury hedonistycznym, jeśli chodziło o relacje – brał, co mu pasowało, i nie komplikował życia zbędnym melodramatem. Wystarczały mu krótkie, intensywne noce, niekoniecznie wspólne poranki. Dzisiejsze spotkanie miało inny wydzwek. Chciał po prostu przyjemnej rozmowy. Był ciekaw, czy człowiek, z którym tak świetnie współpracowało mu się zawodowo, równie dobrze sprawdzi się po godzinach, gdy znikają kontrakty, studia nagraniowe i deadline’ Niczego więcej nie potrzebował. Może z tego wyniknie przyjazn, może stała współpraca, może nic. Ale flirtować z etykietą „randki”? To nie on. A jednak wiedział, że sam fakt przebywania z nim w tym miejscu był dla wielu czymś nieosiągalnym. Ludzie zabijaliby, by móc siedzieć naprzeciwko Cecila Choi. I on był tego boleśnie świadomy. Znał muzyków, którzy desperacko potrzebowali jego głowy i rąk, by powstał kolejny hit. Znał ludzi ze świata show-biznesu, którzy chcieli z nim pogadać, by choć trochę ogrzać się w jego świetle. Znał też tych spoza branży, którzy zwyczajnie mieli na niego chrapkę. Nie udawał fałszywej skromności – jego ego było ogromne. Wiedział jednak, że musi umieć je przytemperować, bo świat nienawidzi ludzi, którzy mówią głośno, że tak, zasłużyłem. A przecież zasłużył. Pracował jak szalony, budował cegła po cegle i nie zamierzał teraz udawać, że sukces spadł mu z nieba. Brał garsciami – i chciał wiecej. Bo to, co osiągnął, było dopiero preludium.
Kiedy zobaczył znajomą sylwetkę w drzwiach, uśmiechnął się szerzej. Poprawił się w fotelu, wyprostował i obserwował mężczyznę jak gracz przy pokerowym stole, który właśnie dostał nową kartę – jeszcze nie wiadomo, czy as, czy blef, ale adrenalina już krąży.
Powiedz mi coś, czego jeszcze nie wiem, Dee – rzucił półżartem, kiedy mężczyzna podszedł, oceniając go wzrokiem od góry do dołu, jakby analizował każdy szczegół. – Tez wyglądasz dobrze. Choć przyznam, że dziwnie widzieć cię w takim wydaniu. – Poczekał, az towarzysz zajmie miejsce i zamowi swój drink. Cecil sięgnął po swoją szklankę, upił łyk i uśmiechnął się tym swoim charakterystycznym, lekko drapieżnym uśmiechem.
Tylko częściowo ale spokojnie, mamy przed sobą cały wieczór – dodał, śmiejąc się cicho pod nosem. – Mam nadzieję, że miejsce ci odpowiada. Później grają na żywo, a tutaj muzyka potrafi naprawdę wywrócić noc do góry nogami.

Dante Rogers
money is the anthem of success
30 lat 175 cm instruktor, przedsiębiorca
Awatar użytkownika

'Cause it's the fear of the unknown
That cripples every step we take
And I just hate to put this on him
But I swear that I will give more than I take away

something about me
by makabra

Cóż, Rogers również nie postrzegał ich spotkania w ten sposób. Chciał zobaczyć, co wyniknie z ich współpracy, może nawet budowali jakieś podwaliny dla przyjaźni. Jednak Dexter niestety źle połączył kropki, dopisał sobie teorię, która była wyssana z palca, a Dante nie miał o tym pojęcia. Jeśli chodzi o relacje romantyczne to choreografowi ciężko przychodziło zaufanie drugiej osobie. Poza tym po swoim ostatnim związku, który prawie go wpędził do grobu... Świadomie rezygnował z jakichkolwiek randek, utrudniania sobie sprawami natury sercowej życia. Pojawił się młody student, który przyczepił się niczym oset wkręcony w ogon psa. I chyba właśnie to było sposobem na Rogersa, jego upór, dobro oraz promienny uśmiech. A potem los zaczął im rzucać kolejne kłody pod nogi... Jednak my dziś nie o tym, ponieważ Dante był całkiem podekscytowany spotkaniem. Wyszedł w końcu z dresu, żeby prezentować się lepiej niż na sali prób, gdzie spędzali długie godziny pracując nad kolejnymi choreografiami. Może miałby podobne podejście do Cecila... Gdyby przez połowę swojego życia najpierw nie był wpatrzony w swojego najlepszego przyjaciela, a przez drugą połowę za nim nie tęsknił. Nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby zwyczajnie móc się z kimś zabawić, nie komplikować sprawy. Pewnie wiele stracił przez to, ale też ma swoje blokady. Dla niego spędzenie z kimś nocy jest kwestią poznania się, zaufania. Staroświeckie podejście? Bardzo możliwe, ale jakoś nie potrafił inaczej.
Podobało mu się w ich znajomości, że podczas współpracy mogli sobie pozwolić na flirciarskie komentarze, ale traktowali to jako zabawę. Jeśli chodzi o ego Choi... Jest naprawdę ogromne. Miewał już z takimi jednostkami do czynienia, ale Cecil nie podważał na każdym kroku jego zdania, starał się wykonywać to, co Dante mu zadawał. I jakoś tak wyszło, że potrafili nawiązać mocniejszą nić porozumienia. Poza tym musiał mu przyznać, że cholernie dobrze się rusza i Rogers miał o wiele większe pole do popisu układając sekwencje dla niego.
- Nie przywykłeś do tego, że nie mam na sobie przepoconego dresu, co? - zaśmiał się pod nosem, zerkając na mężczyznę z lekko przekrzywioną głową. Rozsiadł się wygodniej, uśmiechając się lekko do swojego towarzysza.
- Nigdzie nam się nie spieszy i przyznam się bez bicia, że dawno nie piłem za dużo alkoholu więc jeśli zaczniesz mnie rozpijać to będę, jak kula u nogi. - dodał jeszcze, żartował oczywiście, ponieważ ma jeszcze w sobie nieco samokontroli, aby nie doprowadzać do tak kryzysowych sytuacji. Poza tym musiał być na chodzie, jeśli cokolwiek stałoby się choremu chłopakowi, który był u niego w mieszkaniu. Przezorny zawsze lepiej ubezpieczony.
- Wiesz, że muzyka na żywo zawsze mnie kupuje. - rozejrzał się jeszcze raz po lokalu, akurat kelnerka przyniosła ich drinki. - Czyli tak dla odmiany spotkaliśmy się, żeby potańczyć? - zaśmiał się pod nosem, rzadko bywał w takich miejscach. Jakkolwiek smutno to zabrzmi... Ostatnio mało wychodził gdziekolwiek i z kimkolwiek... Po incydencie na moście, zamknął się ponownie na wszystko.

Cecil Choi
into the unknown
36 lat 188 cm Producent, tekściarz, zawodowy pokerzysta
Awatar użytkownika

This trembling heart callin' you now
Zero zero lucky bang
My suit is black, my suit is fresh
Open my pack, let me show you how I bang
If you did All in, you win the game
As soon as you work, the sales are already in a race

something about me
by Kazune

Na szczęście Cecil nie musiał zaprzątać sobie głowy żadną „osobą trzecią” – zwyczajnie nie miał o niej pojęcia. Staroświeckie podejście Dantego mogło być urocze, ale dla niego samego było niczym egzotyczny dialekt, ciekawy do posłuchania, lecz kompletnie nieprzydatny w codziennym użyciu. Cecil nie wierzył w powolne tańce ani w mozolne układanie cegiełek zaufania. Jego świat działał w zupełnie innym tempie życie przypominało partię pokera szybkie rozdania, wysokie stawki, zero sentymentów. Noc była tylko nocą. Żadna, choćby najbardziej namiętna, nie miała mocy odmieniania losu.
Dante patrzył na relacje przez pryzmat blizn, tęsknot i dawnych zawodów. Cecil nie zamierzał wnikać w te schematy, ale mimo to przyciągało go coś w Rogersie. Ten upór. Ta determinacja, by iść naprzód, nawet gdy wszystko wokół krzyczało, że lepiej się poddać. Cecil cenił takie charaktery bo choć sam nie wybrałby podobnej drogi, potrafił rozpoznać wartość w kimś, kto konsekwentnie walczy o własne zasady.
Był egoistą i wiedział o tym doskonale. Nigdy nie próbował się wybielać. Ale właśnie dlatego Dante był interesujący kontrastowy, inny, jak lustro odbijające zupełnie odmienny sposób gry. I w tym tkwił cały urok: w spotkaniu dwóch światów, które mogły się zderzyć bez potrzeby unifikacji.
Zgadza się. Chociaż muszę przyznać, że w obu wersjach wyglądasz równie czarująco – mruknął Cecil, posyłając mu bezczelne oczko. Ton miał lekko flirciarski, prowokacyjny, ale nie zobowiązujący. Tak właśnie działał sprawiał, że ludzie czuli się widziani, a jednocześnie wiedzieli, że niczego im nie obiecuje poza sobą i swoją towarzyską obecnością.
Wtedy, jeśli padniesz, wezmę cię na ręce jak księżniczkę i zaniosę do łóżeczka. Albo na kanapę. Może dorzucę nawet elektrolity, żebyś doszedł do siebie – zaśmiał się szeroko, rozbrajając powagę sytuacji. Wcale nie zamierzał rozpijać Dantego. Sam nie znosił, kiedy spotkania tego typu zamieniały się w zamglony ciąg urwanych wspomnień. Klubowe noce były czymś innym tam alkohol miał swoje miejsce. Dziś chciał rozmowy. Żywej, bystrej, w pełnej świadomości.
Cieszę się, że ci się podoba. Miałem przeczucie, że to twoje klimaty – dodał z pewnością, a potem znowu puścił mu oczko. – Masz dobry gust, Rogers. Jeśli chcesz, możemy zatańczyć do jazzu na żywo. Ale równie dobrze możemy tu zostać i gadać. – W jego głosie brzmiała nuta obietnicy. Nie randki, nie miłosnych gestów, ale tego, że z nim wieczór nie będzie szary. Cecil Choi potrafił zamienić codzienność w kolorową partię gry nawet jeśli Dante nie miał pojęcia, że właśnie to się działo.

Dante Rogers
money is the anthem of success
30 lat 175 cm instruktor, przedsiębiorca
Awatar użytkownika

'Cause it's the fear of the unknown
That cripples every step we take
And I just hate to put this on him
But I swear that I will give more than I take away

something about me
by makabra

Próbował takiego podejścia do sprawy, kiedy chciał się wyleczyć z uczucia, które od początku było skazane na tragedię. Potem nawet wdał się z kimś w krótką relację, ale nie czuł się komfortowo w takich układach. Przygody na jedną noc go nie bawiły, a jeśli spotykał się z kimś to nie mógł wyprzeć z siebie… Bycia w pewien sposób oszustem. Oszukiwał nie tylko samego siebie, ale też głównie drugą osobę, której niepotrzebnie robił nadzieję. Dlatego wolał porzucić wszelkie wyskoki, relacje dla zabawy, jednorazowe przygody, zostać sam. Poza tym faktycznie miewał problemy z zaufaniem. Pod tym względem Dante Rogers jest okropnym boomerem. Albo naoglądał się za bardzo komedii romantycznych, gdzie główna bohaterka zawsze musiała trafić na tego jedynego, który sprawiał, że reszta świata już nie istniała. Tak poniekąd teraz było z Dexterem, który uparcie chciał się do niego zbliżyć, a Dante skrupulatnie mi to uniemożliwiał. Ostatecznie… Dopadło go to wszystko. Musiał jedynie zrozumieć, że przyszedł czas, aby on również powalczył o ich relację.
Różnią się od siebie diametralnie, a mimo wszystko potrafili znaleźć wspólny mianownik. Dante, staroświecki, skromny, dość cichy, ale zdeterminowany. Cecil, korzystający z życia garściami, pewny siebie, towarzyski. To brzmi, jak duet, który nie ma prawa się udać… A jednak! Najwidoczniej cenią sobie pracowitość, właśnie wyżej wspomnianą determinację. Nie ważne, jak bardzo ktoś będzie próbował docisnąć człowieka pod podeszwą do twardego gruntu, oni i tak nie poddawali się ciężarowi, znajdując drogę ucieczki oraz zwycięstwa. Trzymał się z równym uporem własnych zasad, co często było niestety zgubne, ale… Nie potrafił inaczej. Zazwyczaj stronił od takich osób, jak właśnie Cecil, ale Choi ma w sobie coś, co zwyczajnie mu imponowało, ale także zbudowało nic sympatii. Musiał też przyznać, że świetnie im się razem pracuje i był jednym z najzdolniejszych jego współpracowników.
- Z małą różnicą… Tutaj nie będę ściągał koszulki. - poruszał niby sugestywnie brwiami, śmiejąc się pod nosem. Na salj często mu to zdarzało, kiedy był już po kilku godzinach pracy. Na zajęciach z najmłodszymi nie mógł sobie na to pozwolić, nie ważne, jak bardzo jego ciało już parowało z nadmiaru gorąca.
- Próba zaciągnięcia mnie do łóżka? Rozwijasz się Choi. - pokiwał głową rozbawiony. - Ale to słodkie, niemniej postaram się, żeby nie było takiej sytuacji. - zna swoje granice, dlatego nie będzie przeginał. W końcu wolałaby się tak nie upadlać, robić też problemu Cecilowi. Poza tym mógłby jakieś głupoty robić, gdyby nie kontaktował, a tego w życiu już mu średnio potrzeba. Zresztą wieczór z pełną świadomością wydarzeń smakuje o wiele lepiej niż ten w którym człowiek nie ma pojęcia, co wyrabia.
- Muzyka na żywo zawsze będzie bliska mojemu sercu. - przyznał, zresztą jako tancerz uwielbiał takie miejsca, a każdy takt wygrywanej melodii zdawał się przepływać przez niego.
- Posiedzimy i pogadamy, pracę odkładamy trochę dziś na bok. - puścił do niego oczko, upijając swojego drinka. - Niemniej taniec z Tobą to sama przyjemność, nie obowiązek. - dodał jeszcze, pozwalając sobie również na niewinny flirt. - Jak idą prace nad nową produkcją? - zapytał zaciekawiony, lubił słuchać o tym, co akurat tworzy. Zresztą zgadzał się z opinią społeczeństwa, Cecil jest muzycznym geniuszem.
- Wybacz! Miało być nie o pracy... To chyba źle o mnie świadczy, jeśli ciągle mam w głowie robotę. - wywrócił oczami.

Cecil Choi
into the unknown
36 lat 188 cm Producent, tekściarz, zawodowy pokerzysta
Awatar użytkownika

This trembling heart callin' you now
Zero zero lucky bang
My suit is black, my suit is fresh
Open my pack, let me show you how I bang
If you did All in, you win the game
As soon as you work, the sales are already in a race

something about me
by Kazune

W jego świecie sprawa była prosta: nikt nikomu niczego nie obiecywał. Jedna noc to tylko jedna noc. Karty leżały na stole, nikt nie trzymał asa w rękawie. Jeśli ktoś dorabiał do tego ideologię, to był jego problem, nie Cecila. On nigdy nie czuł się oszustem, bo nie udawał niczego, czym nie był.
A jednak musiał to sobie przyznać imponowała mu ta konsekwencja Dantego. Rogers trzymał się swoich zasad równie kurczowo, jak on własnego ego i wypracowanych reguł. Byli różni, diametralnie, ale w tym tkwiła właśnie ich siła. Jak dwie zupełnie inne melodie, które niespodziewanie łączą się w harmonijny akord. Cecil nigdy nie powiedziałby tego na głos, lecz podskórnie czuł, że Dante miał w sobie rzadką cechę nie uciekał, nie spuszczał wzroku, nawet wtedy, gdy jego ego grało pierwsze skrzypce. To było coś, co wyróżniało Rogersa na tle innych. Może właśnie dlatego go lubił. Bo nie każdy potrafił usiąść do stołu, w którym to Choi rozdaje karty i nie zrzucić ich od razu.
Ta przyjaźń przypominała mu dziwne filmiki na TikToku do piosenki Inleagal. Te światy nigdy nie powinny się zderzyć gwarantowałoby to eksplozję, anihilację jednego z nich. A jednak… zamiast wojny pojawiła się dyplomatyczna chęć poznania drugiej strony. I kiedy Cecil zorientował się, że Dante potrafi sprawić, iż on sam na chwilę ogarnia własny charakter, zrozumiał, że warto w to zainwestować czas.
Aj, i właśnie wieczór stracił połowę uroku. Czemu mi to robisz? Prosto w serce – powiedział teatralnie, dramatyzując na pokaz, po czym zaśmiał się cicho. To ciało widział nie raz, podczas prób, kiedy godzinami synchronizowali ruch i rytm. Umiał je docenić, ale wyłącznie estetycznie bez pożądania. Może gdyby poznali się inaczej, uległby pokusie by zgarnąć go do łózka. Teraz jednak wiedział, że byłoby to zwyczajnie głupie. Nie chciał zniszczyć tego, co udało im się zbudować.
Samorozwój to podstawa. Ale słuchaj, piękny – mruknął z nutą prowokacji – gdybym naprawdę chciał cię w moim łóżku, już dawno byś w nim był. I pewnie nie wyszedłbyś z niego przez dłuższy czas. – Puścił mu bezczelne oczko, odchylając się wygodnie – Spokojnie, postaram się ciebie pilnować. Choć jeśli mi nie wyjdzie, to obaj jesteśmy zgubieni. –Cecil wiedział, kiedy można było sobie pozwolić na mocniejsze uderzenie alkoholu, a kiedy trzeba było trzymać fason. Ten wieczór należał do drugiej kategorii miał być lekki, przyjemny, w pełni świadomy.
I chyba dla nas obojga – dodał z szerszym uśmiechem. – Bo co jest lepszego niż doświadczać muzyki całym ciałem i każdym zmysłem?
Patrzył na Dantego figlarnie. – Odważne obietnice, Dee. Zobaczymy, jak długo się utrzymają. – Uniósł szklankę i upił łyk. – W takim razie wiemy, co zrobimy, kiedy zabrzmią pierwsze nuty. Choć ostrzegam – nie jestem aż tak dobrym tancerzem, więc będziesz musiał mnie trochę poprowadzić. – Zrobił krótką pauzę i mrugnął zaczepnie. – A potem… może wykorzystam to jako inspirację. Mam na liście kilka kawałków do napisania.-Uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej. – A skoro już przy tym jesteśmy, niedługo zobaczysz mnie na małym ekranie – rzucił z nutą dumy, ale też lekko, jakby to była tylko kolejna przygoda w długim szeregu sukcesów.
Spokojnie, nic złego się nie dzieje – dodał już poważniej. – Ale prawda jest taka, że czasem trzeba odciąć głowę od ciężaru. Chociażby na moment.

Dante Rogers
money is the anthem of success
30 lat 175 cm instruktor, przedsiębiorca
Awatar użytkownika

'Cause it's the fear of the unknown
That cripples every step we take
And I just hate to put this on him
But I swear that I will give more than I take away

something about me
by makabra

Czasem łatwiej byłoby zwyczajnie pieprzyć własne zasady, dać się ponieść. Jednak... Wiedział, że później będzie pluł sobie w brodę i odchoruje całą sytuację. Chciałby mieć w sobie chociaż odrobinę podejścia Cecila, na pewno wtedy nie wystawiałby tyle razy miękkiej powierzchni brzucha na wbicie następnego ostrza, które czasem ktoś jeszcze dla nadmiaru wrażeń uwielbiał przekręcać. Raz władował się w związek, który... Musiał skończyć głównie przez to, że jego serce należało do chłopaka, który wodził go za nos przez ponad dekadę. Gdyby tylko mógł cofnąć czas, pewnie wiele rzeczy rozegrałby inaczej i może właśnie porzucił tworzenie tego typu zasad.
Ta właśnie imponująca konsekwencja czasem stanowiła prawdziwy gwóźdź do trumny Rogersa, mało kto potrafił to zrozumieć. Jednak też właśnie ta cecha uratowała go od porzucenia całkowicie swojej pasji, którą był taniec. Po wypadku bardzo ciężko było mu wrócić, lekarze określali go teraz mianem cudu, ponieważ było ryzyko, że nawet nigdy nie będzie w stanie już chodzić normalnie. Co prawda aż do teraz miewał dni, kiedy padał prawie na twarz, ponieważ noga odmawiała mu posłuszeństwa, ale niczego nie żałował. Chciał dalej próbować, nawet jeśli musiał zrezygnować z wielkich scen, sukcesów. Nie narzekał, w końcu układał choreografie dla bardzo znanych nazwisk, czasem występował w jakimś teledysku. To nie budowało nadmiernie jego ego, po prostu sprawiało przyjemność. Potrafili odnaleźć wspólny mianownik, pomimo drastycznych różnic. Specyficzny sposób bycia Cecila go nie odrzucał, potrafił patrzeć mu wyzywająco w oczy, przyjmując każdy kolejny ruch z precyzją godną rozgrywki szachowej. Poza tym pomimo ego, nie mógł odmówić talentu Choi, a także ciężkiej pracy. Miał podstawy do tego, aby mierzyć wysoko, a Dante to szanował. Chcieli inwestować w ich relację, a Rogers musiał przyznać, że czasem dzięki Cecilowi robił się nieco mniej boomerowaty.
-[b[ Ja po prostu dbam o to, aby takie widoki były przeznaczone jedynie dla Twoich oczu Skarbie.[/b] - zaśmiał się, puszczając mu oczko. - Już nie rób tej smutnej podkówki, pooglądasz sobie na sali, ile będziesz chciał. - dodał jeszcze rozbawiony. Gdyby kiedykolwiek postanowili spojrzeć na siebie pod względem seksualnym... Mogliby zwyczajnie zniszczyć potencjał ich relacji.
- Skąd ta pewność, że tak łatwo dałbym się zaciągnąć? Nie można Ci odmówić uroku Cee, ale nie jestem łatwym orzechem do zgryzienia. - uśmiechnął się lekko, to niestety była słodko gorzka prawda na jego temat. Wygiął kąciki w nieco szerszym uśmiechu, widząc, jak puszcza do niego oczko. Chryste, nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz był na mieście, tak po prostu, żeby przyjemnie spędzić wieczór. - Czasem ślepy prowadzi ślepego. - zaśmiał się, ale dziś na pewno żaden nie miał zamiaru się upijać.
- Lepsze uczucie nie istnieje, chociaż dobry seks może prawie dorównać. - zamyślił się na moment. - Postaram się być trwały w swoich postanowieniach. - chociaż czasem zwyczajnie lubił dać się ponieść muzyce, która przepływała przez jego ciało, budząc do ruchu każdą komórkę. - Spokojnie, nie raz widziałem, jak się ruszasz. Uwierz mi, jest w porządku. Poza tym posiadasz całkiem rzadką umiejętność, dajesz się prowadzić. - nie byłby w stanie wyliczyć na palcach dwóch dłoni, ile razy użerał się z kimś, ponieważ nauka szła całkowicie topornie. Poza tym... Jak miał cokolwiek pokazać, kiedy ktoś zapierał się całym sobą i potrzebował kontroli nad sytuacją.
- Tylko jeśli pójdzie źle to... Nie obsmaruj mnie w żadnym. - zażartował, opierając się wygodniej na swoim krześle. - O wow, jestem naprawdę dumny! W takim razie nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł zobaczyć znajomą twarz. - uśmiechnął się pięknie, ponieważ naprawdę mocno mu kibicował. - To prawda, ale czasem trochę ciężko się odciąć. - westchnął, zbyt często uciekał w pracę, kiedy nie potrafił poukładać reszty życia.

Cecil Choi
into the unknown
36 lat 188 cm Producent, tekściarz, zawodowy pokerzysta
Awatar użytkownika

This trembling heart callin' you now
Zero zero lucky bang
My suit is black, my suit is fresh
Open my pack, let me show you how I bang
If you did All in, you win the game
As soon as you work, the sales are already in a race

something about me
by Kazune

W jego świecie zasady nigdy nie były świętością – były narzędziem. Jak żetony w kasynie: albo się je stawia, albo wymienia, gdy przestają działać. Jeśli coś nie przynosiło efektu, Cecil bez żalu wyrzucał to poza stół i rozdawał na nowo. Dante był odwrotnością trzymał się swoich reguł jak tonący brzytwy, nawet jeśli bolały, nawet jeśli odbierały mu szansę na coś lżejszego. W oczach Cecila to graniczyło z absurdem, ale nie mógł tego zlekceważyć. To była siła. Hart, którego sam nigdy by nie odrzucił jako słabości.
Bo Rogers, wbrew wszystkiemu, wciąż stał. Konsekwencja uratowała mu życie dosłownie. Lekarze spisywali go na straty, a on wrócił. Kulał? Owszem. Bolało? Bez wątpienia. Ale wrócił. Cecil wiedział, że sam obrałby inną ścieżkę nowa gra, inny stół, świeża publiczność. Dante zaś wracał na tę samą scenę, raz za razem, jak maniak. I właśnie to cholernie go budowało. Do tego stopnia, że Choi czasem sam zastanawiał się nad własnym usposobieniem.
Najbardziej fascynowało go jednak to, że ten cichy, staroświecki typ, pomimo blizn i upadków, potrafił spojrzeć mu prosto w oczy. Nie spuszczał wzroku, nie wycofywał się. Przyjmował każde jego flirciarskie zaczepki jak równy z równym, a czasem nawet oddawał piłeczkę. Cecil uwielbiał tę pewność. Szachy, poker, nieważne Rogers potrafił grać. A to stawiało go w zupełnie innej lidze niż cała reszta. I może właśnie w tym tkwiła cała zabawa. Większość ludzi albo się obrażała, albo próbowała mu dorównać ego. Dante nie robił ani jednego, ani drugiego. Po prostu grał. A Choi cenił przeciwnika, który potrafił utrzymać się przy stole.
Może nigdy by się nie przyznał, ale dzięki Rogersowi czasem naprawdę spuszczał z tonu. Nie dlatego, że zmieniał swoje podejście bo tego nie zrobiłby nigdy ale dlatego, że w tym naiwnym uporze tkwiła szczerość. A szczerość potrafiła rozbroić go szybciej niż niejeden as w rękawie.
Och, kochanie, jak pięknie się o mnie troszczysz… – rzucił z bezczelnym uśmiechem, odgrywając dramat na pokaz. – Choć przyznam, że mam tę nieodpartą chęć pokazać innym to, czego nie mogą sięgnąć. – Mruknął prowokacyjnie, świadom gry, którą prowadził. – Sam dobrze wiesz, że kiedy jesteś bez koszulki na sali, moje oczy są tylko na Tobie. –Wiedzieli obaj, że między nimi nie ma i nie będzie tego seksualnego napięcia. Było na to już za późno. A jednak nie przeszkadzało mu wcale być bezczelnym w słowach, bo właśnie to przekomarzanie smakowało mu najbardziej.
I dlatego podjąłbym tę rękawicę, Dee. Bo byłaby to zwyczajna, dobra zabawa, a nic mnie tak nie kręci jak rozwiązywanie trudnych przypadków. – Zaśmiał się szeroko. Jego umysł nadal kochał wyzwania zagadki, problemy logiczne, ale przede wszystkim muzykę. Od pojedynczej nuty, przez tekst, po pełen obraz, aż do momentu, gdy słyszał swoje dzieło...głosy śpiewające to, co wymyślił. – W najgorszym wypadku skończymy pod jakąś latarnią – dodał lekko.
W sumie prawda, seks czasem jest najpiękniejszą muzyką, jaką każdy może stworzyć sam– stwierdził z rozbrajającą szczerością. Chociaż chyba wypadałoby znaleźć sobie jakąś ofiarę na noc. Bo dawno nie ugościł nikogo w swoim łożu. Powiedział teatralnie, jakby stawiał zakład – Daję ci maks dwadzieścia minut, zanim padnie pytanie w tym temacie. –Pochylił się lekko ku niemu, tym razem całkiem poważnie. – Jesteś jedną z niewielu osób, którym pozwalam się tak prowadzić. Więc teraz nie spieprz tego, Dee. – Cecil umiał tańczyć, choć nigdy nie uważał się za mistrza. W zamian znał kilka sztuczek potrafił odwrócić uwagę, rozproszyć spojrzenia
Posłuchaj, jakby miała powstać piosenka o tobie, nie napisałbym złego słowa – powiedział nagle, już bez kpiny. – A swoją drogą… produkcja chyba szuka choreografów. Jeśli będziesz chciał, mogę cię zarekomendować. Wiem, że dasz radę. –Nie naciskał. Chciał tylko dać mu impuls, lekki pstryczek, nie presję. Bo w tym wszystkim nie chodziło o to, by złamać Rogersa, ale by pokazać mu, że gra zawsze ma jeszcze jedno rozdanie.
Wiem, Dee. Musisz jednak spróbować… – dodał ciszej, a potem zmienił temat, celowo lżej– W sumie, jak się miewa Mando?

Dante Rogers
money is the anthem of success
30 lat 175 cm instruktor, przedsiębiorca
Awatar użytkownika

'Cause it's the fear of the unknown
That cripples every step we take
And I just hate to put this on him
But I swear that I will give more than I take away

something about me
by makabra

Był diametralną odwrotnością Cecila, dla niego zasady były, jak filar na którym buduje się podejście do życia. Oczywiście można je modyfikować, naginać, porzucać, jeśli okażą się niesłuszne, jednak zawsze muszą istnieć. Nie potrafiłby tak po prostu przestać się tego kurczowo trzymać, wyznawać zasadę - będzie, co będzie. A mimo wszystko w tym całym szaleństwie, różnicach, potrafili umieścić wzajemny szacunek oraz sympatię. To właśnie czyni ich relację naprawdę wyjątkową. A Rogers mógł śmiało powiedzieć, że Choi jest jego największym wyzwaniem, jeśli chodzi o relację oraz bywa tak, że to właśnie w jego towarzystwie czuje się najbardziej komfortowo. Na pewno zapomina o sztywnych barierach na moment, pozwalając sobie poczuć dawnego Dante, który miał w sobie o wiele więcej radości i swobody.
Pasja stanowiła dla niego centrum wszechświata, taniec był wszystkim, a ból... Nie do wytrzymania, kiedy się dowiedział, że już nigdy nie będzie tego robił. Chciał udowodnić przede wszystkim sobie, że wróci. Może już nie tak sprawny, z większymi skłonnościami do kontuzji, czy też bólem, ale wróci. Nie będzie zajmował się tym tak, jak kiedyś, jednak znajdzie inną drogę. Oczywiście otworzył też swój biznes związany z całkiem odmienną ścieżką, czyli ceramiką, ale swojej pierwszej miłości nie porzucił... I w sumie dobrze, inaczej pewnie by się nie poznali. Poza tym Rogers potrafił być naprawdę stały w uczuciach, na czym już się niejednokrotnie przejechał.
Mimo wszystko godnie podejmował rękawicę, rzucał równie pretensjonalnie wyzwanie, czekając na to, jak zareaguje. A mimo wszystko istniała między nimi bariera, której zwyczajnie przekraczać nie chcieli. Może staroświecki, nieco nudnawy... Jednak Dante ma wiele odsłon, tylko nie każdą ujawnia przed byle kim. Przed Cecilem ujawniał sporo barw, ponieważ nie raz widział go również strutego, czy też borykającego się z bólem. Jest twardym przeciwnikiem, który nie poddaje się tak łatwo. I chyba właśnie to sprawiło, że Cecil postanowił zaangażować się w sprawy między nimi, w całkiem odmiennym wymiarze niż zazwyczaj.
- Po to mnie masz... Kto inny by tak o Ciebie zadbał? - uśmiechnął się do niego pięknie, przekrzywiając lekko głowę. - Cóż, a to nie tak, że już im pokazujesz? Siedzisz tu ze mną, a na Twoim miejscu może chciałby być ktoś inny. - zaśmiał się, chociaż to bardziej działało w drugą stronę. To Dante mogliby zabić za to, że teraz rozmawia ze słynnym Cecilem Choi'em. - Nie da się nie czuć Twojego wzroku. Myślisz, że po co tak często ściągam koszulkę? Żeby zwrócić Twoją uwagę. - puścił mu buziaka w powietrzu, śmiejąc się przy tym pod nosem. Pewnie gdyby Dexter słyszał, jak rozmawiają... To podwójnie zacząłby się wyprowadzać.
- Uwierz mi, że ten przypadek mógłby Cię nieco przerosnąć. Poza tym Cee... Jestem staroświecki, ze mną trzeba najpierw chodzić. - westchnął, niby rozczarowany swoją postawą. Niestety, jeśli chodzi o pójście z kimś do łóżka to Rogers nie jest łatwym zawodnikiem... - Dziś zachowujemy klasę. - pokiwał głową, ponieważ gdyby wylądował pod latarnią to mocno by sobie pluł w brodę.
- To prawda... Chociaż szczerze? Chyba powoli zapominam, jak to w ogóle było. - uśmiechnął się niewinnie, ponieważ nie miał nikogo od dłuższego czasu, nie chciał mieć. Chociaż ten piekielny student coraz mocniej łamał jego postanowienia... -Pf, tylko dwadzieścia? W takim razie podejmuję wyzwanie... Chociażby mnie miało skręcać. - a pewnie będzie, ponieważ to muzyka na żywo, którą czuje się każdą możliwą komórką... Cholera. - Gdybym to spieprzył to pewnie już byś nie przychodził na treningi. - spojrzał na niego wymownie. - Kochanie, jestem profesjonalistą. - wywrócił jeszcze teatralnie oczami, a potem pokręcił głową rozbawiony. A potem wydał z siebie średnio głośne "awww", gdy usłyszał o piosence, która miałaby uwzględnić jego osobę. - Skoro tak uważasz to możesz mnie polecić, próbuję ostatnio trochę wrócić do gry po... Sam wiesz. - wolał nie wspominać głośno swojego byłego partnera, mimo wszystko to nadal nieco bolało, chociaż ruszył emocjonalnie dalej.
- Wiem, wiem... Mando? Świetnie. Zapomniał o mnie całkowicie, od kiedy poznał psinę sąsiada i całkowicie się w niej zakochał. Skubaniec raz na spacerze postanowił pójść z nią w tango i leciałem za nimi trzy kilometry, żeby ich złapać. Myślisz, że okazał jakąkolwiek skruchę? Oczywiście, że nie. - westchnął niby ciężko, ale to całkiem urocze, jak bardzo jego pies przepadł za Zoyą. - W sumie ma o wiele bardziej barwne życie uczuciowe niż ja. - dodał jeszcze.

Cecil Choi
into the unknown
36 lat 188 cm Producent, tekściarz, zawodowy pokerzysta
Awatar użytkownika

This trembling heart callin' you now
Zero zero lucky bang
My suit is black, my suit is fresh
Open my pack, let me show you how I bang
If you did All in, you win the game
As soon as you work, the sales are already in a race

something about me
by Kazune

Cecil nawet nie próbował udawać, że rozumie ludzi takich jak Dante. W jego oczach ci, którzy budowali swoje życie na zasadach, byli bardziej naiwni niż silni. Reguły? Dla niego istniały wyłącznie po to, by je łamać. Im wyżej człowiek się wspinał, tym szybciej tracił grunt pod nogami, a pojęcie stabilności stawało się tylko iluzj przyjemnym kłamstwem, w które słabi lubili wierzyć. A jednak Rogers nie pasował do żadnej z jego kategorii. Nie był ani prostym przeciwnikiem, ani typowym idealistą, którego można łatwo rozgryźć. Był… inny. Dziwnie spokojny, jakby nosił w sobie własny środek ciężkości, niezależny od świata. Stabilny w chaosie, cichy wśród hałasu. I to właśnie ten spokój działał na Cecila bardziej niż wszystkie pozorne namiętności, jakie znał.
To, że Dante czuł się przy nim komfortowo, było dla niego paradoksem. Przecież Cecil nigdy nie był bezpiecznym portem. Ludzie przy nim płonęli z fascynacji, z ciekawości, z potrzeby zrozumienia. Ale gdy ogień gasł, zostawały tylko popioły. Widział to tyle razy, że przestał liczyć. A jednak ten człowiek siedział naprzeciwko niego, śmiał się z jego złośliwości, patrzył prosto w oczy i się nie cofał. Jakby naprawdę nie miał się czego bać.
I może właśnie w tym tkwiła największa ironia Dante nie próbował go zrozumieć. Po prostu go słuchał. Bez intencji, bez gry. Cecil nie przyznawał tego nawet sam przed sobą, ale ta zwyczajność była dla niego czymś nowym. Nie uwodzicielska, nie obiecująca żadnych fajerwerków spokojna, ludzka, prawdziwa. Nie potrzebował od Rogersa zachwytu ani potwierdzenia, że jest kimś wyjątkowym. Potrzebował tej ciszy między zdaniami, tych krótkich pauz, gdy Dante mówił coś, co nie wymagało riposty. Po raz pierwszy od dawna mógł po prostu być. Bez roli. Bez maski. Bez potrzeby wygrywania.
A może to właśnie było najbardziej absurdalne ze wszystkiego że człowiek, który całe życie traktował jak scenę i kasyno jednocześnie, znalazł spokój przy kimś, kto wcale nie próbował z nim wygrać.
Mam wrażenie, że nawet Hamilton i Lafayette nie zajęliby się mną tak dobrze – rzucił półżartem, ale w jego głosie pobrzmiewała gorzka nuta. Bo prawda była taka, że nie miał pojęcia, ilu ludzi wokół niego było prawdziwych. Ilu z nich naprawdę by zostało, gdyby upadł z wysokości, z której zwykł spoglądać na świat. Śmieszne, że nawet w rodzinie nie widział już bezpieczeństwa. W końcu hazard wkradł się w każdy aspekt jego życia tylko stawki wciąż rosły. Cecil uśmiechnął się szeroko, tym swoim typowym uśmiechem, w którym mieszały się prowokacja i szczerość.
Ich na pewno wielu chciałoby siedzieć z takim pięknym człowiekiem jak ty – rzucił lekko, jakby mówił coś zupełnie oczywistego. – Ale niech spadają, nie dam sobie ciebie ukraść. – Puścił mu oczko, a zaraz potem zaśmiał się cicho, poprawiając marynarkę – Chyba sam będę musiał zmienić garderobę na nasze wspólne spotkania na sali, żeby nie było, że wykorzystuję okazję. – powiedział łapiąc buziaka dłonią a zanim zdążył dodać coś jeszcze, teatralnym gestem odsunął połę marynarki, odsłaniając fragment piersi z błyskiem w oku.– Cóż, trzeba się bawić, póki dają, prawda? – dodał z szelmowskim uśmiechem, w którym kryło się coś więcej niż zwykła kokieteria nuta gry, w której sam wyznaczał zasady.
Słuchaj, Dee... dla ciebie mógłbym nawet zmienić reguły własnej gry – powiedział nagle z pozorną powagą, choć ogniki w jego oczach zdradzały, że to wciąż zabawa. – Chodziłbym z tobą wszędzie. Do domu...do łazienki...do pracy..do kawiarni....ba nawet do łóżka oczywiście tylko spać, z rękami grzecznie na kołdrze. – Na jego ustach zatańczył szeroki uśmiech. Wiedział, że Dante zna tę stronę niepoważną, pełną kontrolowanego flirtu. Lubił ten taniec na granicy, w którym mógł być bezczelny, a jednocześnie bezpieczny. Oboje wiedzieli, że między nimi nie ma tego napięcia. Było już na to za późno, a może po prostu nie o to im chodziło.
– Czy to moment, w którym powinienem zaproponować ci randki w ciemno z różnymi ludźmi ? – rzucił półżartem, przekrzywiając głowę. – Chociaż nie, jestem aż takim samolubem, żeby ci to wogóle proponować. – Zaśmiał się krótko, ciepło, choć w środku naprawdę chciał pomóc. Znał historię Dantego, znał jego ostrożność, jego rany. A Cecil był człowiekiem, który wiedział, że zaufanie to towar luksusowy dlatego nie narzucał się tam, gdzie nie był proszony.
Słuchaj, gdybym był wredny, powiedziałbym, że daję ci pięć minut – ciągnął z tym swoim zuchwałym uśmiechem – ale chcę dać ci minimalne szanse, –Mówiąc to, nachylił się lekko nad stołem, błyskając spojrzeniem. – Przyszedłbym, ale pewnie tylko po to, żeby obserwować to piękne ciało. Jestem gorszy niż wsypka, więc tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. – Parodystycznie posłał mu całusa, po czym znów spoważniał.
Chcę, żebyś to Ty podjął decyzję – powiedział już zupełnie poważnym tonem, w którym brzmiała autentyczna troska. – Polecenie cię to żadna sztuka, i tak obroniłbyś się sam, bez mojej pomocy. Chodzi o to, czy ty jesteś na to gotowy. To program, kamera, wizja… nie chcę, żebyś robił coś wbrew sobie. Wystawienie się na świecznik to jedno, ale wiesz, że ja nie lubię patrzeć, jak ktoś płonie niepotrzebnie. –Nie dodał już, że gdyby mógł, z przyjemnością złamałby nos i wybił zeby temu idiocie, który kiedyś zranił Dantego. W środku jednak naprawdę żałował, że nie miał okazji go poznać. Może i byłby to marny sposób na sprawiedliwość, ale satysfakcja byłaby ogromna.
Cecil odchylił się w fotelu, wracając do swojego lżejszego tonu
Widać, że Mando lepiej wykorzystuje swój urok osobisty niż ty. Może powinieneś wziąć od niego korepetycje? – powiedział z rozbawieniem, w którym słychać było tę charakterystyczną dla niego złośliwą czułość. – Nie przejmuj się, przystojniaku. Kiedyś twoje też nabierze barw. Zwłaszcza jak po raz kolejny dasz mi kosza. –Podniósł szklankę i upił łyk swojego drinka, a przez ułamek sekundy w jego oczach błysnęło coś miękkiego

Dante Rogers
money is the anthem of success
30 lat 175 cm instruktor, przedsiębiorca
Awatar użytkownika

'Cause it's the fear of the unknown
That cripples every step we take
And I just hate to put this on him
But I swear that I will give more than I take away

something about me
by makabra

Fakt, był naiwny. Doskonale wiedział, jak bardzo stabilność może okazać się pięknym kłamstwem, jedynie iluzją, która idealnie mami zdrowy rozsądek. A jednak nie potrafił zmienić swojego postrzegania... Bardzo możliwe, że to pewnego rodzaju masochizm, który przeplatał się perfekcyjnie z bólem, który tak uwielbia. Prowadzi tymi wyznaczonymi sobie regułami do prawdziwej i spektakularnej autodestrukcji. Nie oceniał podejścia, jakim cechował się Cecil. Tylko wiedział, że to całkowicie nie dla niego. On by nie potrafił. Rogers był pełen sprzeczności w których niejednokrotnie się gubił, odkrywając nowe, grzebiąc pod sporą warstwą ziemi te stare. A mimo wszystko Choi potrafił z nim znaleźć wspólny mianownik, coś, co przyciągało niczym magnes, intrygowało.
Nie postrzegali siebie wzajemnie sztampowo, klasycznie, jak znaczna większość. Znalazł w Cecilu swój komfort, chociaż doskonale wiedział, że to działa w zupełnie inny sposób dla reszty. I pewnie właśnie dla niego Choi miewał również specjalne traktowanie. Wymieniali złośliwości, uprzejmości, flirty, uśmiechy, jakby to było czymś zupełnie codziennym, spokojnym. W tym spokoju właśnie tancerz się lubował, jak widać zaraził nim nawet Cecila. Nie bał się go, nie miał czego, nigdy nie czuł pewnego rodzaju rezerwy. Śmiało patrzył mu w oczy, potrafiąc się zmierzyć ze wszystkim, co barwna osobowość mężczyzny chciała mu zafundować. I chyba nawet całkiem dobrze mu to wychodziło, skoro chcieli wspólnie spędzać czas też poza pracą.
Przynajmniej nikt mnie nie wygryzie. - zaśmiał się pod nosem, puszczając do niego oczko. Jednak chciał, aby Cecil wiedział, że pomimo tej całej otoczki, gdyby miał kiedykolwiek mocno zderzyć się z powierzchnią, upaść z wysokości... To będzie mógł liczyć na pomocną dłoń Dante.
- Spokojnie, do mnie nie ustawia się taka kolejka Choi. Nie będziesz się musiał o mnie bić. - uśmiechnął się szerzej. Szczerze mówiąc to Rogers nigdy nawet nie zwracał za bardzo uwagi na to, czy ma jakiekolwiek powodzenie. Po operacji... Poczucie wartości spadło drastycznie, nawet kiedy wrócił do formy to mniemanie o sobie zostało na poziomie dna. Poza tym przez większość swojego życia był wpatrzony w jedną osobę... Przejechał się na tym ponownie. A teraz? Nie potrafił dopuścić do siebie kogoś naprawdę wartościowego, znajdując szereg negatywnych aspektów, które nie pomagały w żadnym wypadku.
- Nie kuś mnie diable. - pokręcił głową rozbawiony, komentując w ten sposób dygresję o ubiorze na salę prób oraz to jego uchylanie marynarki. Poruszał jeszcze sugestywnie brwiami, jakby to chwilowe obnażanie faktycznie na niego zadziałało.
- Ty i zmiana reguł gry? Nawijaj mi dalej na uszy ten makaron Cece, - posłał mu wzrok pełen politowania, ale w jego ciemnych tęczówkach tańczyły iskierki rozbawienia. Wywrócił oczami w reakcji na randki w ciemno... - To też nie jest tak, że nie mam nikogo na oku... Po prostu nie powinienem w nic się raczej ładować. Bieganie za kimś przez pół życia nie wyszło mi na dobre, mogłem się nacieszyć przez prawie rok, a potem wszystko runęło z hukiem. Tym razem mogłoby być podobnie.... Plus jest ode mnie młodszy, sporo... - westchnął, a potem upił kolejny łyk zawartości swojej szklanki.
- Podejmuję rękawicę... Jaka jest stawka? Cały wieczór przesiedzę na tyłku, jeśli zaproponujesz coś odpowiedniego. - na twarzy tancerza pojawił się łobuzerski uśmiech, który ostatnio pojawiał się jedynie w towarzystwie Choi. - Kto powiedział, że chciałbym się pozbywać? - puścił do niego oczko, kolejny balans na granicy.
- Do kiedy trwa casting? Przemyślę to. - jedyne, co go odstraszało to wizja, kamera... Przyzwyczaił się do tego, że pojawiał się jako tło, czy też krył się za choreografiami, które układał, wychodząc z cienia jedynie na chwilę. Poza tym nie chciał się napatoczyć na... Inne cienie przeszłości. - Błagam, to on uczył się ode mnie. - prychnął, nadal patrząc na niego z pewnego rodzaju rozbawieniem.
- Dawanie Ci kosza to moja ulubiona forma rozrywki Cee. Kto wie, próbuj dalej, może kiedyś ulegnę albo ktoś sprzątnie Ci mnie sprzed nosa. - puścił go niego oczko, pojawił się taki ktoś na horyzoncie, tylko Dante blokowały wszelkie lęki, traumy, a także rany.

Cecil Choi
into the unknown
36 lat 188 cm Producent, tekściarz, zawodowy pokerzysta
Awatar użytkownika

This trembling heart callin' you now
Zero zero lucky bang
My suit is black, my suit is fresh
Open my pack, let me show you how I bang
If you did All in, you win the game
As soon as you work, the sales are already in a race

something about me
by Kazune

Bycie dla kogokolwiek „komfortem” było dla Cecila pojęciem z pogranicza science fiction. Nie mieściło mu się to w głowie on, który potrafił
rozpalić,
rozkochać,
uzależnić,
zainspirować,
ale nigdy
uspokoić.
A jednak... tu byli. I co zabawniejsze, czuł się z tym dobrze. Bardziej niż dobrze. Dante był szczery. Nieudawany. Cecil uwielbiał tę surowość, bo przywykł do ludzi, których trzeba było tasować jak talię kart sprawdzać, czy nie przyszli po jego blask, nazwisko, czy po coś, co dało się zmonetyzować. Zazwyczaj wystarczyła jedna rozmowa, by wiedział, kto siedzi przy jego stole tylko dla hazardu sławy. Dante jednak był inny.
Pamiętał ich pierwsze spotkanie. Rogers patrzył na niego bez tej charakterystycznej iskry rozpoznania, bez napięcia, które pojawiało się zawsze, gdy ktoś zdawał sobie sprawę, z kim ma do czynienia. Traktował go po prostu jak człowieka partnera w pracy, nie trofeum z listy kontaktów. To wtedy go kupił. Cecil nie musiał flexować nagrodami, tytułami, okładkami i wywiadami. Nie musiał niczego udowadniać. Pierwszy raz od dawna mógł po prostu być kimś, a nie kimś konkretnym. Później, kiedy Dante już wiedział, kim naprawdę jest Cecil Choi, nic się nie zmieniło. Wręcz przeciwnie stał się jeszcze bardziej naturalny, bardziej obecny, bardziej ludzki. Jakby to wszystko blask, nazwisko, legendabyło tylko nieistotnym tłem. Jakby widział jego, jakby widział w nim człowieka, którego da się lubić, nie podziwiać.
To rozbroiło Cecila bardziej, niż chciałby przyznać.
Przy Dante’m nie był idealnym graczem czasem opuszczał gardę, czasem spuszczał z tonu. Nie do końca, nigdy całkowicie, ale wystarczająco, by ktoś taki jak Rogers mógł zajrzeć pod powierzchnię. I kto wie może pewnego dnia ten uparciuch naprawdę rozbroi tę zagadkę, zdejmując z Choia całą maskę.
Ach, szkoda, miałem ochotę złamać kilka nosów – rzucił żartobliwie, choć ton zabrzmiał zbyt naturalnie, by był tylko żartem. Dee był cholernie atrakcyjny i Cecil nie mówił tego z sympatii czy dla podbudowania ego rozmówcy. Nie potrafił kłamać w tej materii. Słodkie kłamstwa nigdy nie były jego stylem. Mówił wprost, z przekonaniem, nawet jeśli wiedział, że to niczego nie zmieni. Bo komplementy niewiele znaczyły, jeśli ktoś sam nie potrafił ich w siebie włożyć. On sam znał to aż za dobrze. Dee musiał przejść tę samą drogę, by w końcu przestać się nienawidzić za własne odbicie. Więc teraz mógł jedynie stać obok, z uśmiechem kibica i jak to miał w zwyczaju ewentualnie pokazać klatę dla motywacji.
Wybacz, Dee, ale jestem twoim piekłem – powiedział z rozbawieniem, unosząc szklankę. – Podobno dobrze się przez takie przechodzi. –Uśmiechnął się szerzej, nawiązując do „Boskiej komedii”. Był świadomy gry, którą toczyli i tego, że nie działał na Dantego w ten sposób, w jaki działał na innych. I może właśnie dlatego lubił te ich spotkania. Nie musiał tu uwodzić, nie musiał wygrywać. Po prostu mógł być sobą, choćby i tym piekłem, które śmieje się z własnej roli.
Cecil pokręcił głową z mieszaniną rozbawienia i lekkiej pobłażliwości. Dla niego to, co mówił Dante, brzmiało prawie jak prolog do ślubów czystości.
Dee, proszę… – pomyślał w duchu, choć na głos powiedział to samo, tylko z tym swoim charakterystycznym, figlarnym tonem – łatwiej byłoby ci pójść do zakonu, niż całe życie unikać pokuszenia.-Patrzył na niego z takim skupieniem, z jakim zwykle patrzył na drogą talię kart.– Nie musisz od razu skakać mu do łóżka ani wyznawać miłości – kontynuował, choć sam, ironicznie, był najgorszą osobą do udzielania rad sercowych. – Powinieneś się po prostu powoli otwierać. Poznawać go. Dać sobie czas. To normalne, że się boisz. Ale gra trwa dalej. Nie wszystkie karty są na stole. A jeśli nie potrafisz przegrać, podnieść się i zagrać jeszcze raz… to jaki sens ma dalsze życie, skoro strach cię dusi?-Wiedział, że to absurdalne on, Cecil Choi, który kochał ludzi tylko od pasa w dół i nigdy dłużej niż do rana, mówił o relacjach jak ktoś, kto wie, czym jest miłość. Nie wiedział. Ale widział ludzi, widział ich schematy, znał strach i znał porażki. I wiedział, że Dante nie może wiecznie chować się za zasadami.
Kiedy przeszedł do gry o „stawkę”, uśmiech pojawił się na jego twarzy sam.
Ciekawe, co byłoby dobrą stawką dla ciebie, kwiatuszku… – mruknął z rozbawieniem. – A pamiętasz tę figurkę, którą kiedyś mi pokazałeś? Tę poza twoim budżetem?-Nie rozumiał takich pasji. Nie musiał. Wystarczyło, że wiedział, jak rozpalają oczy Dantego. A to było dziwne pragnienie widzieć tę radość. Wzbudzić ją. Kupić mu cholerną figurkę tylko po to, żeby zobaczyć jak się cieszy. Gdy Dante wspomniał o tym, że nie chciałby się go pozbywać, na ustach Cecila pojawił się drapieżny uśmiech. Taki, który mógłby podpalić cały bar.
Zerknął na telefon i szybko przeklikał kilka rzeczy.
Do końca listopada – poinformował spokojnie, odkładając telefon ekranem do stołu. – Na wizji będziecie minimalnie. Głównie treningi, jakieś pojedyncze setki.-Wzniósł brew.– Wygląda na to, że uczeń przerósł nauczyciela – rzucił, rozbawiony własną ironią. A potem spojrzał na niego inaczej. Nie z flirtem. Nie z grą. Z pewnością. Z jakąś lekkością. Z czymś, czego zwykle w nim nie było.
Będę za tobą gonił tyle, ile trzeba – powiedział. Jego oczy błysnęły chochlikiem, jakby zdanie było żartem, ale w środku było coś prawdziwego. Oczywiście wiedział, że nigdy go nie dogoni nie w tej rzeczywistości. Byli rozmijającymi się orbitami, które przecinają się tylko na chwilę. Ale właśnie dlatego mógł pozwolić sobie na następne zdanie– Kto wie, może w alternatywnej rzeczywistości jesteśmy największą power couple w całym przemyśle – mruknął, teatralnie unosząc brwi. – Taką, która trzęsie branżą i doprowadza wszystkich do szału.-A potem zaśmiał się, lekko, ciepło dokładnie tak, jak śmieje się Cecil tylko przy jednej osobie.

Dante Rogers
money is the anthem of success
30 lat 175 cm instruktor, przedsiębiorca
Awatar użytkownika

'Cause it's the fear of the unknown
That cripples every step we take
And I just hate to put this on him
But I swear that I will give more than I take away

something about me
by makabra

To wydawało się być abstrakcyjnym uczuciem, groteskowym, a jednak dla tej może nawet jedynej osoby w jego otoczeniu… Możliwym. Ponieważ głową Dante naprawdę potrafiła odpoczywać podczas ich spotkań, rzeczywistość wydawała się być lżejsza, a uśmiech się poszerzał w reakcji na kolejne wymiany flirciarskich komentarzy. I to właśnie mógł śmiało nazwać komfortem, a nawet to, że ich relacja nie poszła w wiadomym kierunku, nie zakończyła się łóżkiem oraz oschłym pożegnaniem… Mówiło samo za siebie.
Właśnie… A jednak tu byli, pozbawieni masek, sztuczności, udawania. Nie ważne, co się działo, mogli o tym mówić otwarcie, a tematy tabu zwyczajnie przestawały istnieć. Nawet jeśli nie byli w stanie zrozumieć odpowiednio drugiej osoby to nadal nie oceniali, akceptowali i próbowali przynajmniej coś doradzić, czy też znaleźć odpowiednie rozwiązanie. Dodatkowo Rogers obracał się w tym środowisku, doskonale wiedział, jacy potrafią być ludzie. Przerobił osoby, które chciały jedynie korzyści, nieco się zamknął po tym na innych. Nie raz dostawał nóż w plecy, jednak… Cecil zawsze wykładał odpowiednie rozdanie, przekazywał szczerze, co ma na myśli. Pojawiła się chemia nie tylko w kwestii pracy, ale także osobista. Ceni sobie bardzo mocno tą znajomość i nie chciałby nigdy tego spieprzyć.
W jego oczach był po prostu człowiekiem, oczywiście z natury tych, którzy osiągnęli sukces dzięki talentowi, ale nadal tworem z krwi i kości, a nie jedynie własnych osiągnięć oraz rozpoznawalności. Nawet kiedy już odkrył, kim tak właściwie jest Choi to nadal traktował go bez żadnej zmiany. I tutaj naprawdę mnie chodziło o to, że nie docenia jego osiągnięć. Tylko zwyczajnie chciał budować znajomość na byciu naturalnym, a nie stawaniu się coraz większym fanem. Nie raz wspominał Cecilowi, że jest pod wrażeniem projektów, jakie wykonywał. Opowiadali sobie o tym, jak ich kariera się toczy, ale nigdy nie stanowiło to główny temat rozmowy. Krok po kroku przebijał się przez kolejne warstwy Choi, robiąc to cierpliwie, bazując na zaufaniu, a przede wszystkim szczerości, która jest również w ich profesjach na wagę złota. W końcu całkiem niedawno Dante dawał się mamić piękną wizją sukcesu, wspólnej przyszłości, a potem… To go zniszczyło.
Wywrócił niby teatralnie oczami, śmiejąc się pod nosem. Problem w tym, że Dante nigdy siebie nie uważał za atrakcyjnego. Od dzieciaka wytykali go palcami, ponieważ miał inną urodę niż jego rodzice. Był drobny, później zaczął tańczyć więc wyrabial coraz większą formę. Poza tym przez całe swoje życie wodził wzrokiem za jedną osobą, co również nie działało na korzyść Rogersa. Wiedział, że musi pracować nad samoakceptacją, ale wiecznie spychał to na dalszy tor…
- Jeżeli piekło wygląda tak dobrze… To chyba warto tam wylądować. - puścił do niego oczko. - Tylko problem bardziej tkwi we mnie niż w nim… Widzę, że próbuje się dostać bliżej do mnie, wychodzi z inicjatywą… A ja robię jeden krok naprzód, potem cztery w tył. I wiem, że nie muszę się spieszyć… Dobra, jak słucham sam siebie to nie widzę w tym sensu. Masz rację Cee. - niby teatralnie westchnął niczym główna postać w komedii romantycznej, kiedy bestie mówi o tym, jak bardzo głupio postępuje.Jednak życie to nie film, a lęki nie znikają w magiczny sposób. Skąd miał wiedzieć, że to dzisiejsze spotkanie z Cecilem ruszy sprawę między nimi? Los potrafi zaskakiwać.
- Uuu, grasz nieczysto Choi. - zacmokał z przekąsem w reakcji a figurkę, co poradzi na to, że ma pewnego rodzaju hobby. Swoją drogą to miłe, że w ogóle zapamiętał durną wzmiankę o drobnej rzeczy… Przekrzywił lekko głowę, wpatrując się w niego z uśmiechem.
- Mam jeszcze trochę czasu, odezwę się maksymalnie do końca tygodnia. Wiesz, jak jest z kolanem po kontuzji… Czasem odmawia posłuszeństwa, a to zwyczajnie utrudnia pracę. - jednak tym razem coś przeskoczyło, dostał kolejną szansę i może należałoby ją wykorzystać. Gdyby nie rozstanie z Mattem to pewnie nadal cieszyłby się życiem, jeżdżąc za Lady Gagą… Co prawda byłby tam nieco na przyczepkę. Ale teraz? Doszedł do wniosku, że… Dobrze się stało.
- Poza tym… Zawsze mogę wykorzystać metodę podrywu na uroczego pieska.- zaśmiał się, jakoś nigdy mu się nie spieszyło do tego, aby korzystać z takiej opcji. Jednak trzeba przyznać Mando, że on zawsze pchał się tam, gdzie niekoniecznie trzeba.
- To dobrze, ponieważ czasem mam zamiar pozwolić Ci się dogonić… Żeby potem kolejny raz przyspieszyć tempo. - zaśmiał się pod nosem, a potem poszerzył uśmiech. - W innym wymiarze na pewno trzymamy branżę pod butem. I uwierz mi Skarbie, już dawno miałbyś obrączkę na palcu. - dodał jeszcze rozbawiony. Kto wie, może w jakiejś alternatywnej rzeczywistości tak właśnie jest, a ich orbity potrafiły znaleźć jeden wspólny wymiar.

Cecil Choi
into the unknown
36 lat 188 cm Producent, tekściarz, zawodowy pokerzysta
Awatar użytkownika

This trembling heart callin' you now
Zero zero lucky bang
My suit is black, my suit is fresh
Open my pack, let me show you how I bang
If you did All in, you win the game
As soon as you work, the sales are already in a race

something about me
by Kazune

Zaufanie nie było walutą, której Cecil używał chętnie. Ba on właściwie nie wierzył, że kiedykolwiek mógłby obdarzyć kogoś pełnym zaufaniem. W pracy jeszcze jakoś to działało, choć i tam na własnych zasadach. Zawsze wolał mieć kontrolę, własny plan, własne metody. A teraz siedział tutaj z przystojnym tancerzem, którego mógł nazwać przyjacielem i pierwszy raz od dawna nie czuł w tym żadnej presji, potrzeby uwiedzenia, czy pokusy, by sprowadzić go do łóżka. Dante był na to zbyt dobry, zbyt wartościowy, zbyt... ważny. Cecil za bardzo go szanował. Za bardzo go lubił. Ryzyko chwilowej podniety nie było warte zniszczenia czegoś, co po raz pierwszy od dawna miało sens. Poza tym pierwszy raz w życiu naprawdę chciał poznawać człowieka, a nie tylko jego ciało. Uczyć się go. Być. I to "być" było dla niego największym zaskoczeniem.
Kiedy zobaczył, jak Dante przewraca oczami, pokręcił głową z dezaprobatą i zasyczał cicho. Cecil absolutnie nie wiedział, jak to jest mieć tak niską samoakceptację. Nie mieściło mu się to w głowie. On zawsze miał jej aż za dużo. Pewność siebie i ego wielkości Nowego Jorku jak nie świata. Pokorę zdobył dopiero niedawno a i to w mikro dawce.
Czy był najatrakcyjniejszym facetem na ziemi? Oczywiście, że nie.
Miał parę rzeczy, które mógłby "poprawić", żeby być ideałem. Ale, jak to ujął sam w myślach na chuj mu to?
Siebie kochał.
Siebie akceptował.

A ludzie lgnęli do niego nie dlatego, że wyglądał jak sen, ale dlatego, że potrafił mówić, grać słowem, błyszczeć charakterem i intelktem. Wygląd mógł być bonusem, ale nie był walutą. Bo co z tego, że wyglądasz jak ideał, jeśli nie masz niczego do zaoferowania poza tym?
- Cóż poradzę - mruknął z półuśmiechem - bardzo chętnie kuszę do złego, żebyś miał to, co najlepsze.
Zamyślił się chwilę.
- Mówisz to tak, jakby cię ten fakt dziwił - dodał. - Może nie jestem specjalistą od miłości, bo większy fart mam w kartach, ale potrafię patrzeć i rozumieć mechanizmy. Wiem, że spłycam temat, Dee, ale rozumiesz, o co mi chodzi... i ostrzegam, wielkich romantycznych gestów ci nie wymyślę. Chyba że chodzi o załatwienie czegoś, to wtedy proszę bardzo. - Zaśmiał się. Pomaganie komuś innemu nigdy nie było częścią jego natury, co prawda płacił na akce chartatywne ale nigdy to nie był jego flex. A jednak w przypadku Dantego - przychodziło mu to naturalnie. I nadal nie wiedział, dlaczego.
- I za to mnie kochasz - dodał z szerokim uśmiechem. - Muszę cię motywować.-Figurka... oczywiście, że by mu ją kupił. Nie zrobiłby z tego wielkiego wydarzenia. Po prostu by ją kupił i podał mu w dłonie, żeby zobaczyć tę małą, niekontrolowaną iskrę radości.
- Wiem, dlatego to luźna propozycja - dodał poważniej. - Nic zobowiązującego. Twoje zdrowie jest ważniejsze niż durne show.-I tu naprawdę nie żartował. Cecil byłby pierwszą osobą, która rzuciłaby wszystko, gdyby Dante choćby skrzywił się z bólu.
- Masz farta - uśmiechnął się, wracając do lżejszego tonu. - Niestety Lafayette i Hamilton nie są już aż tacy uroczy. Chyba że Hamilton ze swoją głupawką. Wtedy tak.
A potem spojrzał na niego z tym swoim słodkim, zadziornym błyskiem.
- I doskonale wiesz, skarbie, że jesteś jedyną osobą, której pozwoliłbym usidlić siebie obrączką. - Puszczył mu oczko. W jego oczach nie było kłamstwa. Był żart. Była gra. Była prawda, której nie wypowie nigdy wprost. Może jednak chciałby żyć w innym świecie gdzie mógłby mieć to czego nie doświadczył w tym
money is the anthem of success
ODPOWIEDZ