Evan Cecil MolloyTom Holland

informacje o postaci
1.04.1998; Brooklyn NYC
Manhattan
kawaler
demiseksualny
on/jego/babygirl
ratownik medyczny w straży pożarnej
Straż Pożarna Nowego Yorku (FDNY)
średnie, FDNY Exploring Program, FDNY Fire Cadet, certyfikat NYS DOH EMT-B
$$$
zapewnione przez pracodawcę
OHANA MEANS FAMILY
Manhattan
kawaler
demiseksualny
on/jego/babygirl
ratownik medyczny w straży pożarnej
Straż Pożarna Nowego Yorku (FDNY)
średnie, FDNY Exploring Program, FDNY Fire Cadet, certyfikat NYS DOH EMT-B
$$$
zapewnione przez pracodawcę
OHANA MEANS FAMILY

freeform
...to nie twoja wina Evan.
Pomarszczona dłoń babki łagodnie muska ciemne kosmyki włosów, w jej ciepłym głosie brakuje jednak pewności. Evan czubkiem buta szoruje o asfalt, zezując na ledwo trzymającą się w szwach walizkę. Nie, ma ochotę odpowiedzieć chłopiec, to całkowicie jego wina. Evan ma oczy matki. Nie dziwne, że został porzucony. August zostaje z nimi, bo tak zdecydował. Jego ojciec nie chciał oddawać.
...to nie twoja wina Evan.
Ellie ma drżące wargi, mokre od łez policzki i pełną poczucia winy minę. Evan nie jest nawet zdziwiony. Wydaje mu się, że bardzo łatwo go zostawić, nawet jeśli wszystko stara się robić dobrze. Jasne, jest męczący. Hej, ma szesnaście lat, zdiagnozowane adhd, rzeczy lecą mu z rąk, a język nie słucha się wcale mózgu. Ale się stara ok. Być lepszy. Wysyłać smsy na dzień dobry i dobranoc, kupować kwiaty dzięki marnej pracy w kawiarni, zabierać do kina, być tuż obok. Ale Evan ma też śmiech swojego ojca i wie, wie, że to czasami za dużo. Dla Ellie, dla rodziny. Uśmiecha się więc radośnie, bo hej, zdarza się nie? Być zdradzonym. Są tylko dzieciakami. Od niektórych po prostu łatwiej odejść, niż od innych. To nie koniec świata.
...to nie twoja wina Evan.
Żebra pękają pod jego rękami, kiedy próbuje przywrócić akcje serca. Zna możliwości ludzkiego ciała, zna każdą anatomiczną zagwozdkę, nigdy nie sądził, że zrozumie jak to być w kimś i to nie w erotycznym znaczeniu tego słowa. Klatka piersiowa zapada się i wszystko wiruje, kręci się oraz rozpada. Bo Evan zawiódł, zawiódł, zawiódł. Miało być inaczej. Molloy jest życiową porażką, ale nie jest porażką jeśli chodzi o jego zawód. Algebra może z niego kpić, jednak wszystkie niezbędne kursy pozwalające mu na pracę w straży pożarnej jako ratownik zdał śpiewająco. Nie dlatego, że miał niesamowity talent, ale dlatego, że się starał, że dawał z siebie wszystko. Miał być lepszy, miał być potrzebny, miał pomagać. Drugi tydzień jako świeżak w jego departamencie pozwolił mu się zderzyć z rzeczywistością. Życie nie jest filmem akcji, a on nie jest bohaterem. Ale Evan ma upór swojego brata.
- Jeszcze nie - syczy przez zaciśnięte zęby, modląc się, żeby żebra nie przebiły płuc. Jeszcze trochę.
Proszę.
...to nie twoja wina Evan.
Powtarza jak mantrę, przecierając zaparowane lustro w łazience. Nie stać go na terapeutę, pozostaje mu więc ta cała manifestacja. Ma dwadzieścia sześć lat, stabilną pracę w której jest dobry. Wciąż ma oczy swojej matki (wciąż łatwo go zostawić, jednak każdy miły gest skierowany w jego stronę utwierdza go w przekonaniu, że było warto), kilka blizn na ciele (oparzenie po wyjątkowo paskudnym pożarze na biodrze, ślady po kuli w ramieniu podczas szkolnej strzelaniny, kilka szram po zahaczeniu o ostry kawałek metalu), śmiech swojego ojca (nadal jest głupcem dla miłości, nadal wierzy, że jeśli da z siebie wszystko, to może przestaną od niego uciekać), rzeczy stale wypadają mu z rąk a mózg przyswaja niebotyczne ilości bzdurnych informacji (kraby są bardzo interesującym tematem, nie rozumie, czemu każdy się krzywi). Ale to nie jego wina. Bo ma też upór swojego brata. Bo Evan jest, jaki jest. Najważniejsze, że się stara. Że próbuje. I może to kiedyś będzie wystarczające.
Pomarszczona dłoń babki łagodnie muska ciemne kosmyki włosów, w jej ciepłym głosie brakuje jednak pewności. Evan czubkiem buta szoruje o asfalt, zezując na ledwo trzymającą się w szwach walizkę. Nie, ma ochotę odpowiedzieć chłopiec, to całkowicie jego wina. Evan ma oczy matki. Nie dziwne, że został porzucony. August zostaje z nimi, bo tak zdecydował. Jego ojciec nie chciał oddawać.
...to nie twoja wina Evan.
Ellie ma drżące wargi, mokre od łez policzki i pełną poczucia winy minę. Evan nie jest nawet zdziwiony. Wydaje mu się, że bardzo łatwo go zostawić, nawet jeśli wszystko stara się robić dobrze. Jasne, jest męczący. Hej, ma szesnaście lat, zdiagnozowane adhd, rzeczy lecą mu z rąk, a język nie słucha się wcale mózgu. Ale się stara ok. Być lepszy. Wysyłać smsy na dzień dobry i dobranoc, kupować kwiaty dzięki marnej pracy w kawiarni, zabierać do kina, być tuż obok. Ale Evan ma też śmiech swojego ojca i wie, wie, że to czasami za dużo. Dla Ellie, dla rodziny. Uśmiecha się więc radośnie, bo hej, zdarza się nie? Być zdradzonym. Są tylko dzieciakami. Od niektórych po prostu łatwiej odejść, niż od innych. To nie koniec świata.
...to nie twoja wina Evan.
Żebra pękają pod jego rękami, kiedy próbuje przywrócić akcje serca. Zna możliwości ludzkiego ciała, zna każdą anatomiczną zagwozdkę, nigdy nie sądził, że zrozumie jak to być w kimś i to nie w erotycznym znaczeniu tego słowa. Klatka piersiowa zapada się i wszystko wiruje, kręci się oraz rozpada. Bo Evan zawiódł, zawiódł, zawiódł. Miało być inaczej. Molloy jest życiową porażką, ale nie jest porażką jeśli chodzi o jego zawód. Algebra może z niego kpić, jednak wszystkie niezbędne kursy pozwalające mu na pracę w straży pożarnej jako ratownik zdał śpiewająco. Nie dlatego, że miał niesamowity talent, ale dlatego, że się starał, że dawał z siebie wszystko. Miał być lepszy, miał być potrzebny, miał pomagać. Drugi tydzień jako świeżak w jego departamencie pozwolił mu się zderzyć z rzeczywistością. Życie nie jest filmem akcji, a on nie jest bohaterem. Ale Evan ma upór swojego brata.
- Jeszcze nie - syczy przez zaciśnięte zęby, modląc się, żeby żebra nie przebiły płuc. Jeszcze trochę.
Proszę.
...to nie twoja wina Evan.
Powtarza jak mantrę, przecierając zaparowane lustro w łazience. Nie stać go na terapeutę, pozostaje mu więc ta cała manifestacja. Ma dwadzieścia sześć lat, stabilną pracę w której jest dobry. Wciąż ma oczy swojej matki (wciąż łatwo go zostawić, jednak każdy miły gest skierowany w jego stronę utwierdza go w przekonaniu, że było warto), kilka blizn na ciele (oparzenie po wyjątkowo paskudnym pożarze na biodrze, ślady po kuli w ramieniu podczas szkolnej strzelaniny, kilka szram po zahaczeniu o ostry kawałek metalu), śmiech swojego ojca (nadal jest głupcem dla miłości, nadal wierzy, że jeśli da z siebie wszystko, to może przestaną od niego uciekać), rzeczy stale wypadają mu z rąk a mózg przyswaja niebotyczne ilości bzdurnych informacji (kraby są bardzo interesującym tematem, nie rozumie, czemu każdy się krzywi). Ale to nie jego wina. Bo ma też upór swojego brata. Bo Evan jest, jaki jest. Najważniejsze, że się stara. Że próbuje. I może to kiedyś będzie wystarczające.




