41 lat 191 cm New Steve Jobs of America
Awatar użytkownika

Nowy Steve Jobs, miłośnik nowych technologii i AI. Mąż na niby. Kłamca, manipulant i handlarz nielegalną bronią. Oczywiście, kiedy Nowy Jork jednak śpi.

something about me
by warren

Francis prycha. Nie spodziewał się, że stać ją na złośliwość. Nie wiedział też, że Jane pali. Łapie się na tym, że wykreował sobie w głowie postać kobiety, która nigdy nie istniała. Tak idealnej i tak bezbarwnej, by mogła stanowić perfekcyjne tło. Obrazek, na którym pojawiają się dwie wyraźne rysy, jak dwa strzały, prosto w środek czoła, jeden trochę niżej, drugi trochę wyżej, które dziś oddał. Idiotyczne i stłumione pif-paf. Raz i drugi. Dwa dźwięki, które prawdopodobnie zrujnowały jego udawane małżeństwo. Cóż, Jane, ze wszystkich udawanych żon, byłaś tą najlepszą.

— Nie przepadam za blondynkami. Chyba że miałaby spore piersi i duży dekolt. Wiesz, sama powiedziałaś, że mężczyźni są prości — dodaje uszczypliwie. Powinien się opanować i spróbować załagodzić ich k o n f l i k t. Spróbować ją uspokoić, przekonać do, kurwa, czegokolwiek. Zamiast tego podsyca ten żar, niezdolny dziś do jakichkolwiek kompromisów. Zachowuje się więc w ten idiotyczny sposób, którego nad ranem będzie zapewne żałował. Przypatruje się jej z uwagą, jego intensywne spojrzenie wciąż tkwi w jej źrenicach, jak gdyby starał się z nich wyczytać jej intencje. Jeśli dziś wyjdzie, zastanie ją tu rano? Zadzwoni jednak do Mavericka? Powinien zabrać jej telefon? Pełen jest zasadnych podejrzeń, ale gdzieś, pośród furii, nad którą próbuje zapanować, przebłyskują objawy zdrowego rozsądku. Potrzebuje mieć z nią kontakt. Jane musi mieć możliwość wykonania telefonu do Bobby’ego, gdyby zauważyła coś podejrzanego. Nie ma pojęcia, co jeszcze wpadło Robertowi do głowy. Jak wyrafinowany był jego plan. Może dwóch idiotów w restauracji było zaledwie kiepsko przygotowanym preludium. Zmyłką. P o d s t ę p e m.

Źrenice Francisa się rozszerzają, a on rozchyla usta, jak gdyby chciał coś powiedzieć. Do tej pory nie przytrafiło mu się, żeby źle ocenił człowieka. Wyraźnie jednak nie doszacował ż a l u byłego kontrahenta. Dokładnie sprawdził majątek, którym mężczyzna operował, kładąc rękę na wszystkich aktywach. W s z y s t k i c h, poza gotówką, którą posługiwał się, wciąż wykonując powierzone mu zadania. Wciąż był w d ł u g u, ale prał środki należące w równej połowie do

Mavericka Spencera i Francisa Harrisona. Dość, by sfinansować prawdziwy zamach na czyjeś życie, a nie półgłówków, pracujących za kilka stówek i darmowy obiad.

— Jane? Pogadamy o blondynkach później, zgoda? — Harrison w ułamku sekundy znajduje się obok żony i ciągnie ją za przedramię, żeby za nim poszła. Wraca się jednak po pistolet brunetki, leżący na jej szafce nocnej i wciska jej go do ręki. Nie mówi nic więcej, sięga po telefon do kieszeni i wybiera numer ochroniarza. Jeden, drugi, trzeci sygnał. Francis klnie pod nosem i wybiera kolejny numer, który pozostaje bez zasięgu. Oddelegował ich do sprzątania. Bobby wciąż sprawdza garaż. Robert wie, że Harrison jest porywczy. Wie, że…[/akapit]

— Zostaniesz w łazience, zamkniesz drzwi od środka, przystawisz je komodą i wejdziesz do wanny. Chociażby nie wiem co, nie wychodź. Zgoda? Nie ma cię tu. Jesteś u ojca. Dokładnie tam, gdzie powinienem odwieźć cię godzinę temu — niemal wpycha ją do łazienki. A kiedy słyszy ciche gwizdanie z drugiego końca mieszkania, zatrzaskuje drzwi i gasi światło.

— Francis, doprawdy, trochę mnie rozczarowałeś. Ile to już lat się znamy? Pięć, sześć? I naprawdę wydawało ci się, że wysłałbym do ciebie dwóch typów z meliniarskiego baru? Myślałem, że cenisz mnie jednak odrobinę wyżej. Że DOCENIASZ moją kreatywność. Większość twojej małej, prywatnej armii grzebie teraz trupy w Hudson. A dwóch ochroniarzy na dole związaliśmy i zakneblowaliśmy. Widzisz, w odróżnieniu od ciebie, nie jesteśmy m o r d e r c a m i. To tylko biznes. Tak ostatnio mówiłeś, prawda? Cóż. Może i mi trzeba było strzelić w łeb.

Postać starszego mężczyzny w ciemnym płaszczu wyłania się z ciemności mieszkania. Na jego twarzy wciąż widać ślady po pięści Harrisona. Zza jego pleców wyłania się dwóch uzbrojonych mężczyzn. I chcąc czy nie, Francis musi przyznać, że prezentują się o wiele bardziej profesjonalnie niż ci, których spotkali w ciemnej uliczce za restauracją. Nie zdąży wyciągnąć broni, jest tego świadom. Jednak gdyby Robert chciał, już zrobiłby to, po co przyszedł. Ochroniarzy na dole było czterech. Nieproszony gość sam podał mu liczbę tych, których napadli. Idiota. Na jego ustach pojawia się delikatnie drwiący uśmiech. Zastanawia się tylko, jak tu…

— Zastanawiasz się pewnie, jak się tu dostaliśmy, prawda? Królu technologii… Jakby ci to powiedzieć… — Robert udaje, że czegoś szuka w kieszeni, a następnie wyciąga z niej oko. Oko należące do jednego z ochroniarzy, którym skan siatkówki pozwolił wjeżdżać na 70. piętro. Mężczyzna kiwa głową, jakby się nad czymś zastanawiał. — Nooo może trochę przekoloryzowałem to, nic im nie zrobiliśmy.
Harrison przymyka na moment powieki, ale kiedy je otwiera, nie jest przestraszony, a wyjątkowo poirytowany. Zamierza zagrać w tę grę, ale jednocześnie niemalże modli się w duchu, żeby Jane w łazience nawet przez chwilę nie oddychała.

Jane Harrison
i wanna be where people are
33 lat 165 cm CTO w TechSense
Awatar użytkownika

We talked about making it
I'm sorry that you never made it
And it pains me just to hear you have to say it
You knew the game and played it
It kills to know that you have been defeated
I see the wires pulling while you're breathing

something about me
by new yorker

Stanowi dla niej wyzwanie, a Jane lubi wyzwania. Prawdopodobnie to (i absurdalne, bezdyskusyjne oddanie swojemu ojcu) skłoniło ją do zgody na aranżowane małżeństwo. To, co przypieczętował ich związek, wciąż pozostaje dla niej wielką niewiadomą. Podobnie jak jego ekscentryczne zachowania.

Patrzy na niego z niezrozumieniem. Co znowu? Zaczyna zastanawiać się, czy ten piękny w całym swoim wariactwie mężczyzna nie popada w paranoję.

A wtedy na myśl przychodzi jej jedno imię. ROBERT.

Nie buntuje się. Bez słowa odbezpiecza wciśniętą w ręce broń. Kiedy Francis zamyka za nią pomieszczenie, automatycznie upada na ziemię, bo nie ma już czasu, aby zabezpieczyć łazienkę przed intruzami. Ona również słyszy pogwizdywanie w korytarzu i wie, że zwiastuje ono kłopoty.

Bezszelestnie przysuwa się do drzwi, dzięki czemu dociera do niej każde słowo. Siedzi na kolanach i stara się oddychać miarowo. Przykłada palce lewej dłoni do skroni i masuje ją intensywnie. Prawa wciąż zaciska naładowany pistolet. Stara się ocenić sytuację na chłodno, przeanalizować dostępne możliwości i potencjalne wyjście. Tych jednak nie jawi się zbyt wiele. Nie ma ze sobą telefonu, a nawet gdyby miała, to do kogo, kurwa, miałaby zadzwonić. Do ojca? Henry’ego? Bobby’ego, który leży zakneblowany siedemdziesiąt pięter niżej? Wcześniej na tarasie powiedziała mu, że ten apartament daje im mnóstwo prywatności. Teraz zastanawia się, czy aby nie z a d u ż o.

– A gdzie jest twoje trofeum? Jane Harrison? A raczej Jane Spencer? Mam nadzieję, że wywiozłeś ją do tatusia, przecież nie chcielibyśmy, żeby stała się jej krzywda. Maverick byłby bardzo niezadowolony, gdyby coś złego spotkało jego ukochaną córeczkę – przerywa i rozgląda się po pomieszczeniu z największym zainteresowaniem. – Po dłuższej chwili namysłu, chyba zmieniłem zdanie. Upewnijmy się, że nas nie podsłuchuje. Co myślisz, Francis? – rusza dwoma palcami w powietrzu, wskazując jednemu ze swoich goryli, aby rozpoczął poszukiwania. Ciężkie kroki zbliżają się do drzwi łazienki. Jane wstaje gwałtownie i chowa się w wannie sekundę przed tym, jak ktoś otwiera drzwi. Wstrzymuje powietrze i przyciska broń do klatki piersiowej. I kiedy myśli, że jest już bezpieczna, że z u p e ł n i e jej nie widać, czyjaś ręka odciąga kurtynę, łapie ją mocno za włosy, wyciąga z wanny i wytrąca z jej dłoni pistolet.

Nie ma szans na ucieczkę.
Jest zbyt słaba.

Dzwoni jej w uszach. Wydaje z siebie cichy jęk, kiedy ochroniarz Roberta rzuca ją na podłogę, tuż obok stóp niechcianego gościa.
– Francis… – wydusza z siebie, podnosi się nieznacznie i wierzchem dłoni ociera krew z wargi, na której pojawiło się głębokie rozcięcie. Zanim zdąży powiedzieć cokolwiek więcej, Robert przejmuje inicjatywę.

– Tak myślałem. Nie bój się, kochanie. Francis zawsze mówił, że to tylko biznes i chyba w końcu muszę się z nim zgodzić. Ale wiesz co, Jane? Może pozwolę ci żyć, żebyś mogła codziennie myśleć o tym, jak bardzo twój mąż spierdolił sprawę – palcem wskazującym leniwie przesuwa po krzywiźnie żuchwy brunetki i kręci głową z politowaniem. – Szkoda byłoby cię zmarnować – na powrót przenosi spojrzenie na Harrisona i cedzi krótkie trzymajcie go. Jego towarzysze doskakują do Francisa i łapią go za ramiona po obu stronach. Wtedy Robert wymierza pierwsze uderzenie – w brzuch, idealnie na wysokości wątroby.

Z gardła Jane wyrywa się głośny krzyk. Czuje nieprzyjemne buzowanie adrenaliny w żyłach, ale skupia się jedynie na tym, jak może mu pomóc. Jej umysł działa na najwyższych obrotach. Sekwencje wydarzeń katalogują się w informacje, których na ten moment jest pewna. Rozbija na części pierwsze fakty nadające się do wykorzystania dokładnie tak, jak uczył ją Maverick.

– Poczekaj! – Jane wstaje z ziemi, chociaż nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Nie pozwala jednak na to, aby ktokolwiek dostrzegł jej strach. Strach o Francisa. – Znasz mojego ojca, Robercie. Jak myślisz, co zrobi, kiedy dowie się, że zamordowałeś jego zięcia i prawie to samo zrobiłeś z ukochaną córką? – pyta i przechyla głowę na bok – śmierdzi nonszalancją.

Francis Harrison
into the unknown
41 lat 191 cm New Steve Jobs of America
Awatar użytkownika

Nowy Steve Jobs, miłośnik nowych technologii i AI. Mąż na niby. Kłamca, manipulant i handlarz nielegalną bronią. Oczywiście, kiedy Nowy Jork jednak śpi.

something about me
by warren

Francis docenia bezpieczeństwo. Stara się postępować rozważnie. Nie zdradza swojego miejsca zamieszkania, otacza się sprawdzonymi ochroniarzami, a ich dom naszpikowany jest różnego rodzaju technologią. Nie może więc wybaczyć sobie, że w całej tej sytuacji zawiódł jednak… człowiek. On sam. Jego kredyt zaufania dla Roberta na samym początku wspólnej drogi b i z n e s o w e j, jego naiwność w trakcie i sentyment na końcu. To Harrison był odpowiedzialny nie tylko za swoje obite żebra, ale i rozciętą wargę Jane. To on jest winny całej tej groteskowej sytuacji i to w niego Maverick nie powinien wierzyć bardziej, niż we własnych synów.

Nie może się ruszyć. Nie może nacisnąć żadnego przycisku bezpieczeństwa. Pozwala się przytrzymywać w niekomfortowej pozycji, ze spuszczoną głową i przymkniętymi powiekami. Musi się zastanowić, czy ma jakąkolwiek opcję do wykorzystania. Słyszy słowa swojej żony i ma ochotę cmoknąć z dezaprobatą, jak niezadowolony nauczyciel. Wie, że to nie podziała. Wie, co zaraz powie Robert. Kwiecistym językiem przy zbytniej pewności siebie wygłosi kolejny monolog dotyczący rozwalenia łba Francisa Harrisona a następnie starego Mavericka Spencera. A później sam sobie królem i ostrygi na złotym talerzu. Na samą myśl o tym p i e r d o l e n i u ma ochotę przewrócić oczami. To, co jednak mogą tym zyskać to… czas.

— Jane, Jane, Jane. Słodka Jane. Maverick wydał cię za mąż jak cielę na targu, a ty wciąż liczysz na to, że jesteś jego cennym skarbem? M o i m z d a n i e m… — Francis ma wrażenie, że głos intruza odpływa gdzieś w dal. Przestaje słuchać jego gadaniny, przez rosnące ciśnienie jedyne co słyszy, to tępy dźwięk wypełniający jego głowę. Tysiące myśli na sekundę plączą się w jego głowie, prezentując paniczne rozwiązania. Przeczesuje cały apartament, nie ruszając się z miejsca, lokalizując wszystkie ukryte przyciski bezpieczeństwa (być może jest paranoikiem, jak widać – słusznie), każdy jednak znajduje się zbyt daleko, nieosiągalny w ich aktualnym położeniu. To, o czym przypomina sobie nagle, sprawia, że otwiera szeroko oczy i spogląda na żonę. Jest bliżej, na podłodze, gdyby wyprostowała rękę, sięgnęłaby ściany, tuż obok kontaktu. Ma ochotę zakląć siarczyście. Pierwszy raz w życiu żałuje, że nie wtajemniczył jej we w s z y s t k o. W to, co może im grozić. W swoją paranoję na temat bezpieczeństwa. We wszystkie zakamarki ich mieszkania. We wszystkie tajemnice. Gdyby tylko wiedziała, że zwykły kontakt na środku długiego hallu, który nie spełnia żadnej funkcji, a przy okazji nie rzuca się w oczy, nie jest zwykłą dziurą na wtyczkę. Że wystaje trochę zbyt ze ściany, że idealnie wtapia się w otoczenie i nie wzbudza podejrzeń, a wystarczy go wcisnąć, żeby zaalarmować zewnętrzną firmę ochroniarską, która niezwłocznie powiadomi policję, a przy okazji uruchomi system kamer i nagrywania w całym domu.

— Robert, naprawdę. Mówca z ciebie gorszy niż biznesmen. Jeśli masz WCISKAĆ ten kit, to zastanowiłbym się nad KONTAKTEM z psychiatrą. Wiesz, czasem NIEPOZORNE, ZWYKŁE rzeczy są czymś ZUPEŁNIE INNYM, niż nam się wydaje — wie, że Jane na niego patrzy. On na nią też. Wpatruje się w nią intensywnie, akcentując pojedyncze słowa z nadzieją, że zrozumie. — Jedyne, co musisz zrobić to mi UWIERZYĆ. Tylko co ja wiem, o życiu nie? Nigdy nawet nie trzymałem ODKURZACZA w ręku.

Robert robi kilka kroków w jego stronę, żeby chwycić go dłonią za twarz i zacisnąć na niej mocno palce. Francis nie widzi już więc tego, czy kobieta zrozumiała komunikat. Jeśli tak, mają trzy minuty, zanim mieszkanie nie wypełni się policją.
— Uderzyłem cię w brzuch, a odnoszę wrażenie, że jednak w głowę. Co ty pierdolisz Harrison? Zawsze wiedziałem, że jesteś pojebany. Ty i te twoje WIZJE. Trzeba się było skupić na ratowaniu świata, nie chodzić mi w drogę, to wszystko skończyłoby się inaczej!

Mężczyzna wie, że od tej chwili nie tylko musi grać na czas, ufając w bystrość swojej żony, ale też nie może rozmawiać z Robertem już zbyt swobodnie, jeśli wszystko się nagrywa. Nawet jego najlepsi prawnicy nie znajdą wyjścia z sytuacji, w której powie coś za dużo.
— Byłeś członkiem firmy. Mogłeś mieć swój udział w całym tym ratowaniu świata. Ale tobie było mało. Chciałeś grać NIECZYSTO. Dlatego się rozstaliśmy.
— Gówno wiesz o życiu, Harrison. Myślisz, że pozwoliłbym, żeby tak dzieciak, jak ty mną rządził? Albo twoja pińdzia żoncia rozstawiała w końcu po kątach?



Jane Harrison
i wanna be where people are
33 lat 165 cm CTO w TechSense
Awatar użytkownika

We talked about making it
I'm sorry that you never made it
And it pains me just to hear you have to say it
You knew the game and played it
It kills to know that you have been defeated
I see the wires pulling while you're breathing

something about me
by new yorker

Oddycha miarowo. Jej pierś spokojnie unosi się to w górę, to w dół. Robi wszystko, aby Robert nie zauważył, że w rzeczywistości ogarnia ją panika, a jej tętno wzrosło dwukrotnie. Dociera do niej, że prawdopodobnie umrze w tym pomieszczeniu. Zostanie zastrzelona, być może uduszona. Pobita? Nie, nie wydaje jej się, aby okładanie kobiet było w stylu Roberta. Jest z kolei pewna jednego – nie chce umierać. Nie teraz i nie w taki sposób. Ma w głowie jeszcze t y l e innowacyjnych projektów, którymi może zadziwić świat. Tyle fantastycznych miejsc do zobaczenia, tyle ulotnych chwil do chłonięcia. I – co najbardziej ją zaskakuje – liczy jeszcze na przynajmniej kilka lat spędzonych z Francisem. Bo Jane karmi się jego niedostępnością i zaczyna podejrzewać, że to kuriozalny rodzaj syndromu sztokholmskiego albo jej druga twarz, powołana do życia przez wydarzenia ostatnich dni i godzin.

Teraz nie potrafi oderwać wzroku od męża uwięzionego w uścisku ludzi Roberta. Groźba w postaci Mavericka najwyraźniej nie zrobiła większego wrażenia na napastniku, co wprawia ją w chwilowe osłupienie. Nie jest przyzwyczajona do tego, że imię jej ojca nie robi najmniejszego wrażenia na rozmówcy. Musi p o m y ś l e ć. Szybko i intensywnie, bo kończy im się czas, tak jakby Robert postawił przed nimi klepsydrę zwiastującą ich koniec. Zanim jednak zdąży cokolwiek powiedzieć, Francis przejmuje inicjatywę, a Jane otwiera szerzej powieki.

Co on p i e r d o l i? Harrison formułuje pełne zdania, ale całość brzmi, jakby właśnie dostawał wylewu. To nie ma sensu. Nie może mieć sensu. Dlaczego więc ma nieodparte wrażenie, że za każdym wyraźnie zaakcentowanym słowie, kryje się wiadomość, którą chce jej przekazać?

Wciskać, kontaktem, niepozornie, zwykłe, zupełnie innym, uwierzyć, odkurzacza.

Rozchyla wargi w niemym niezrozumieniu i ledwie zauważalnie kręci głową. Błaga o kolejną wskazówkę. A wtedy jej wzrok wędruje niżej, na ścianę, z której wystaje kontakt. Kontakt, na który nigdy wcześniej nie zwróciła uwagi, ale teraz, kiedy podpowiedzi Francisa zaczynają składać się w jedną całość, jest n a j o c z y w i s t s z y ą imitacją kontaktu, jaką kiedykolwiek widziała. Upewnia się, że chwilowo nikt nie zwraca na nią uwagi i wyciąga dłoń w jego stronę. Palce dotykają chłodnego plastiku. Słychać ciche kliknięcie.

Let all hell break loose.

– Proszę, Robercie, nie rób nam krzywdy. Czego chcesz? Pieniędzy? Udziałów? Możesz to wszystko dostać – fałszywe łzy spływają po zarumienionych policzkach Jane, podczas gdy ona wznosi się na wyżyny swoich umiejętności aktorskich. Słyszy, że Francis gra bezpiecznie, więc postanawia robić to samo. Domyśla się, że w apartamencie muszą być zainstalowane kamery lub podsłuch, który właśnie zaczął ich nagrywać. Włącznik musiał przecież coś uruchomić.

– Nikt nie nauczył cię, kiedy trzeba się zamknąć i w końcu zacząć słuchać, co Jane? – Robert mlaszcze z dezaprobatą. – Gdybyś faktycznie była tak mądra, jak mówią ludzie, to zastanowiłabyś się, czy chcesz marnować ostatnie chwile życia na bezsensowne paplanie. Nie lepiej… Nie wiem… Pożegnać się z ukochanym mężem? Złożyć mu na ustach ostatni pocałunek, wyznać miłość czy zrobić inne gówno rodem z filmów? – mężczyzna gestykuluje i macha bronią w powietrzu, aż w końcu bierze głęboki wdech. – Muszę przyznać, że jesteście wybitnie dobraną parą. Jak nie jedno, to, kurwa, drugie. Imbecyle.

Otwierają się drzwi od windy. Tuzin ochroniarzy w czarnych kombinezonach wbiega do salonu. Jane ma wrażenie, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Robert oddaje strzał, ale nie trafia – po chwili pada na ziemię. Jeden z mężczyzn wciska kolano w jego kręgosłup, sprawia, że Robert walczy o każdy oddech, a jego skóra nabiera purpurowego koloru. Wspólnicy nie żyją. Kałuże czerwonej posoki otaczające ich ciała z sekundy na sekundę stają się coraz większe. Jane obserwuje wszystko z boku, z beznamiętnym wyrazem twarzy, choć fala ulgi zalewa jej ciało. Zasługiwali na to. Szkoda tylko, że zginęli tak szybko. W przeciwieństwie do Roberta, który słono zapłaci za źle podjęte decyzje.

Francis zbliża się do żony, układa palce na jej podbródku i unosi go do góry. Wlepia wzrok w rozciętą wargę i składa na niej krótki pocałunek. Jane syczy z bólu, ale nie odsuwa się.

– Zagoi się – mówi, po czym zostawia ją z bałaganem, który niebawem posprząta wykwalifikowana do tego ekipa.

Tym razem jednak go rozumie. Ma robotę do wykonania.

KONIEC

Francis Harrison
into the unknown
ODPOWIEDZ