Francis prycha. Nie spodziewał się, że stać ją na złośliwość. Nie wiedział też, że Jane pali. Łapie się na tym, że wykreował sobie w głowie postać kobiety, która nigdy nie istniała. Tak idealnej i tak bezbarwnej, by mogła stanowić perfekcyjne tło. Obrazek, na którym pojawiają się dwie wyraźne rysy, jak dwa strzały, prosto w środek czoła, jeden trochę niżej, drugi trochę wyżej, które dziś oddał. Idiotyczne i stłumione pif-paf. Raz i drugi. Dwa dźwięki, które prawdopodobnie zrujnowały jego udawane małżeństwo. Cóż, Jane, ze wszystkich udawanych żon, byłaś tą najlepszą.
— Nie przepadam za blondynkami. Chyba że miałaby spore piersi i duży dekolt. Wiesz, sama powiedziałaś, że mężczyźni są prości — dodaje uszczypliwie. Powinien się opanować i spróbować załagodzić ich k o n f l i k t. Spróbować ją uspokoić, przekonać do, kurwa, czegokolwiek. Zamiast tego podsyca ten żar, niezdolny dziś do jakichkolwiek kompromisów. Zachowuje się więc w ten idiotyczny sposób, którego nad ranem będzie zapewne żałował. Przypatruje się jej z uwagą, jego intensywne spojrzenie wciąż tkwi w jej źrenicach, jak gdyby starał się z nich wyczytać jej intencje. Jeśli dziś wyjdzie, zastanie ją tu rano? Zadzwoni jednak do Mavericka? Powinien zabrać jej telefon? Pełen jest zasadnych podejrzeń, ale gdzieś, pośród furii, nad którą próbuje zapanować, przebłyskują objawy zdrowego rozsądku. Potrzebuje mieć z nią kontakt. Jane musi mieć możliwość wykonania telefonu do Bobby’ego, gdyby zauważyła coś podejrzanego. Nie ma pojęcia, co jeszcze wpadło Robertowi do głowy. Jak wyrafinowany był jego plan. Może dwóch idiotów w restauracji było zaledwie kiepsko przygotowanym preludium. Zmyłką. P o d s t ę p e m.
Źrenice Francisa się rozszerzają, a on rozchyla usta, jak gdyby chciał coś powiedzieć. Do tej pory nie przytrafiło mu się, żeby źle ocenił człowieka. Wyraźnie jednak nie doszacował ż a l u byłego kontrahenta. Dokładnie sprawdził majątek, którym mężczyzna operował, kładąc rękę na wszystkich aktywach. W s z y s t k i c h, poza gotówką, którą posługiwał się, wciąż wykonując powierzone mu zadania. Wciąż był w d ł u g u, ale prał środki należące w równej połowie do
Mavericka Spencera i Francisa Harrisona. Dość, by sfinansować prawdziwy zamach na czyjeś życie, a nie półgłówków, pracujących za kilka stówek i darmowy obiad.
— Jane? Pogadamy o blondynkach później, zgoda? — Harrison w ułamku sekundy znajduje się obok żony i ciągnie ją za przedramię, żeby za nim poszła. Wraca się jednak po pistolet brunetki, leżący na jej szafce nocnej i wciska jej go do ręki. Nie mówi nic więcej, sięga po telefon do kieszeni i wybiera numer ochroniarza. Jeden, drugi, trzeci sygnał. Francis klnie pod nosem i wybiera kolejny numer, który pozostaje bez zasięgu. Oddelegował ich do sprzątania. Bobby wciąż sprawdza garaż. Robert wie, że Harrison jest porywczy. Wie, że…[/akapit]— Zostaniesz w łazience, zamkniesz drzwi od środka, przystawisz je komodą i wejdziesz do wanny. Chociażby nie wiem co, nie wychodź. Zgoda? Nie ma cię tu. Jesteś u ojca. Dokładnie tam, gdzie powinienem odwieźć cię godzinę temu — niemal wpycha ją do łazienki. A kiedy słyszy ciche gwizdanie z drugiego końca mieszkania, zatrzaskuje drzwi i gasi światło.
— Francis, doprawdy, trochę mnie rozczarowałeś. Ile to już lat się znamy? Pięć, sześć? I naprawdę wydawało ci się, że wysłałbym do ciebie dwóch typów z meliniarskiego baru? Myślałem, że cenisz mnie jednak odrobinę wyżej. Że DOCENIASZ moją kreatywność. Większość twojej małej, prywatnej armii grzebie teraz trupy w Hudson. A dwóch ochroniarzy na dole związaliśmy i zakneblowaliśmy. Widzisz, w odróżnieniu od ciebie, nie jesteśmy m o r d e r c a m i. To tylko biznes. Tak ostatnio mówiłeś, prawda? Cóż. Może i mi trzeba było strzelić w łeb.
Postać starszego mężczyzny w ciemnym płaszczu wyłania się z ciemności mieszkania. Na jego twarzy wciąż widać ślady po pięści Harrisona. Zza jego pleców wyłania się dwóch uzbrojonych mężczyzn. I chcąc czy nie, Francis musi przyznać, że prezentują się o wiele bardziej profesjonalnie niż ci, których spotkali w ciemnej uliczce za restauracją. Nie zdąży wyciągnąć broni, jest tego świadom. Jednak gdyby Robert chciał, już zrobiłby to, po co przyszedł. Ochroniarzy na dole było czterech. Nieproszony gość sam podał mu liczbę tych, których napadli. Idiota. Na jego ustach pojawia się delikatnie drwiący uśmiech. Zastanawia się tylko, jak tu…
— Zastanawiasz się pewnie, jak się tu dostaliśmy, prawda? Królu technologii… Jakby ci to powiedzieć… — Robert udaje, że czegoś szuka w kieszeni, a następnie wyciąga z niej oko. Oko należące do jednego z ochroniarzy, którym skan siatkówki pozwolił wjeżdżać na 70. piętro. Mężczyzna kiwa głową, jakby się nad czymś zastanawiał. — Nooo może trochę przekoloryzowałem to, nic im nie zrobiliśmy.
Harrison przymyka na moment powieki, ale kiedy je otwiera, nie jest przestraszony, a wyjątkowo poirytowany. Zamierza zagrać w tę grę, ale jednocześnie niemalże modli się w duchu, żeby Jane w łazience nawet przez chwilę nie oddychała.





