002. ren & kit [outfit]
ignorance is your new best friendWestchnęła przeciągle, zdając sobie sprawę, że pomimo wcześniejszych ustaleń, nikogo nie zastała w mieszkaniu. Nie lubiła umawiać się ze swoją matką; wiecznie spóźnioną, wiecznie zabieganą i w swoim chaotycznym sposobie bycia znacznie różniącą się od ojca, który zawsze, wszystko miał pod kontrolą. Wyciągając z kieszeni telefon, Ren przypomniała sobie jednak o dość bolesnym dla niej fakcie — miała z tą kobietą sporo wspólnego. Godzina, co prawda, pokrywała się z umówioną, ale niezupełnie zgadzały się d n i.
Przeklęła w myślach i wycofała się, kierując w stronę windy; niekoniecznie zadowolona z faktu, że została zmuszona pojawić się tam raz jeszcze. Po wypadku wymagającym ingerencji strażaków, nie czuła się w tym budynku w pełni b e z p i e c z n i e — nawet jeśli wadliwa instalacja została już sprawdzona i naprawiona; co również, poniekąd, odbiło się na Noreen, która, czując się winna za zaistniałą sytuację, odstąpiła matce oraz jej rodzinie swoje mieszkanie, sama przenosząc się na kilka dni do koleżanki. Dla własnej wygody. Wystarczająco skomplikowane było przebywanie z nimi pod jednym dachem, zanim udało jej się znaleźć własny kąt; co przeciągała w nieskończoność, nie będąc przekonana do pomysłu życia w Nowym Jorku.
Prawdopodobnie nie przyszłoby jej do głowy, że kompletnie feralny i przepełniony niepowodzeniami — bo już wcześniej zaliczyła kilka wpadek — dzień może być jeszcze gorszy, gdyby, zaraz po otworzeniu się windowych drzwi, przed jej oczami nie pojawił się człowiek, którego usilnie próbowała unikać od kiedy tylko przyjechała na stałe do miasta. I przy każdych odwiedzinach w budynku zamieszkiwanym przez jej matkę.
C h o l e r a.
To nie tak, że Ren przejmowała się pojedynczymi randkami, jednonocnymi przygodami, czy innymi zdarzeniami, z kategorii r o m a n t y c z n e, które nie zmieniły absolutnie nic w jej życiu — wręcz przeciwnie, miała ich za sobą naprawdę sporo. I to zazwyczaj ona była stroną unikającą kontaktu, izolującą się i nie dającą znaku życia. Tutaj jednak czuła zwyczajnie, że … wyszła na idiotkę. Chciała, by się odezwał, po tym jak odbyli całkiem udaną — jej zdaniem — randkę. Była przekonana, że się odezwie; a fakt, że tego nie zrobił budził w niej lekkie zawstydzenie. Jak również coś, czego wcześniej nie miała okazji doświadczyć: poczucie odrzucenia.
Odzyskując rezon, Ren przybrała na twarzy najszerszy uśmiech, na jaki było ją stać i rzuciła krótkim: — Cześć — chcąc się przywitać jakby nigdy nic.
kit vanderbilt





